Święte drzewo..

Bodhgatya to święte miejsce dla buddystów. Nie będę przepisywał wiklipedi, wystarczy napisać ze pod tym drzewem (a raczej jego dziadkiem), Budda doznał oświecenia i wygłosił swoje pierwsze kazanie. Zeby sie tam dostać, musisz odstać w kolejce, potem przejść przez dwie bramki lotniskowe, i dwa macanka. Policja jak to w Indiach chamska i nieuprzejma. Przypieprzyli sie oczywiście do mnie o telefon. Na nic tłumaczenia że wyłączony, że mam aparat, więc po cholerę mam używać telefonu. Czy ja wyglądam jak idiota od selfie...? Albo japoński turysta? Nie dało rady. Uparł się tępak, i musiałem wracać oddać tel. do depozytu. Tu kolejny absurd. Miejsce kultu odwiedza dziwnie setki tysięcy osób, a oni mają 240 szafek na telefony... Trzeba mieć siano w głowie... Odstane kolejne 30 min, aż w koncu ktoś oddał kluczyk, i powrót do bramek. Oczywiście potem widziałem mnóstwo osób z telefonami i iPadami. I jakoś mogłeś wejść. Ehhh. Całe szczęście że rano zjadłem pyszne śniadanie. Inaczej byłbym wkurwiony na maxa... 
W kazdym razie wlazłem. Widok ciekawy. Wszędzie modlący sie mnisi, mniszki, wierni. Mantry, mlynki modlitewne, i cała reszta duchowego uniesienia... Kolorowo i tłoczno. Pokręciłem sie miedzy ludźmi, porobiłem trochę zdjec, mimo wszytko mając opory w fotografowaniu ludzi, którzy przyszli sie pomodlic. To jak by wejść do kościoła na niedzielną sumę. Mochery by mnie zjadły żywcem... Na szczęście to buddyści.. ;););) 
Wylazłem, odebrałem telefon z depozytu, i poszedłem połazić po okolicy. Wypiłem paskudne Lassi, zjadłem jakieś coś na przekąskę, i w droge. Obrałem trochę zły kierunek... Mogłem obejrzeć Buddę wysokiego na 80 stup, świątynie i pagody innych buddyjskich narodów, ale szczerze mówiąc mało mnie to interesuje. Więc wrocilem na chwile do hotelu, po drodze zachaczajc o znajomą knajpkę, i pyszne MIĘSNE momo,,smażone na głębokim tłuszczu. Obmyłem ryło kurzu, zabrałem plecak, i w dorobek. Tym razem kierunek okazał się słuszny. Znalazłem obrzeża, z malowniczymi domkami z gliny, snopami siana, i zielonymi polami. I tak mi zeszło do wieczora. Jeszcze tylko coś na kolacje, i znów hotel. Trzeba się spakować, bo rano wczesny wyjazd. Kalkuta czeka... 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

8

Baloniki..

27