Bodhgaya
Czas ruszyć dalej. 3 dni w Waranasi to wystarczająca...
Pobudka o 7, szybkie mycie, pakowanie i w drogę na stację. Trżeba jeszcze dojechać rykszą prawie 20km, bo z Waranasi pociąg nie odjeżdża. Klasyka. Po 40 minutach telepatia i pizdziawki wyladowalem na właściwej stacji. Coś do zjedzenia, jakieś owoce, woda i można jechać.male tu pierwszy Suprise. Opóźniony. Najpierw 1h, potem, 1.5, na na koncu 2.30. Nienawidzę. Ostatnio za kazdym razem pociąg ma opoznienie. Marnuję życie na stacjach, a potem w pociągu. Dojechałem z 3h opóźnieniem. Oczywiście to nie był jeszcze koniec drogi. Teraz tuk tuk i kolejne 20km. Na szczęście złapałem jakichś rosyjskich buddystów, dzięki temu koszty poszły na 4. Na miejscu kolejny problem. Hostel. Wszystko pełne, a ceny z kosmosu. Udało się wynegocjować nocleg, wiec juz tylko pozostało pójść na rekonesans.
Mnóstwo mnichów, znajomych z Birmy, Kambodzy... Ogrom buspddystow w Tybetu, Nepalu, Japoni. Cała mieszanka kolorów i strojów. Ale najlepsze że w koncu zjadłem coś dobrego. Podmuch tygodniach badziewia, trafiłem na tybetańską knajpkę, gdzie nie dość że smacznie i miło, to jeszcze tanio. Zadowolony i najedzony wróciłem do hotelu. Trzeba iść spać, bo juz ciemno.. Jeszcze tylko książka do poduszki, i kolejny dzień z głowy...
Komentarze
Prześlij komentarz