Mam dość...
Wstałem. Jest 8. Żyje, słaby ale idę na śniadanie... Pierwszy raz śniadanie w miarę przyzwoite. Omlet, tosty, dżem. Jeszcze prysznic, i w drogę. Kolejne świątynie... Trafiłem do jakiegoś małego kompleksu. Tak na początek. Nie ma szału. Większość zniszczona przez muzułmaninów i poskładana z klocków ktore udało się odzyskać. Wracając trafiłem do wioski, i tu zaczęło byc fajnie. Do momentu gdy sie do mnie nie przyczepił jakiś lokales. Chciałem połazić sam, ale sie nie da. Chcąc być miły, zacząłem z nim gadać. Dołączył do nas jeszcze jego kuzyn niemowa, i tak w trójkę, laziliśmy po wiosce, a on opowiadał. Zaprowadził mnie do szkoły w ktorej niby uczy, dał pamiątkową księgę do wpisu, a potem wyciągnął książeczkę z pokwitowaniami i prośbą o dotację. Bo szkoła niepubliczna, dla dzieci ktore nigdy by do niej nie mogły pójść. Zapaliła się lampka ostrzegawcza, ale myśle ok. Dałem sie naciągnąć mnichom, artyście, to tu przynajmniej jest jakis sens. Dałem datek, posłuchałem jeszcze trochę opowieści o planach, i mając nadzieje ze to koniec, wyszedłem. Nie udało sie. Poszli z mną, zaprosili na herbatę do domy. Uśpili moją czujność. Pogadaliśmy, wypiliśmy, zaproponowali że pokażą farmę ojca małego. Myśle ok. Czemu nie. Farma to kawałek ziemi, wielkości dwóch boisk do siatki. Mają jeszcze jedną, większą którą dzierżawią. Tam znów padła propozycja żeby razem coś ugotować i zjeść. Mimomo oporów dałem się namówić. Mieliśmy pójść jeszcze coś tam zobaczyć, i po powrocie zjesc. Wróciliśmy, siadamy i chłopaki robią listę... Pytam ile, wiec rzucają hasło 500, na 5osob. I tu sobie zdałem sprawę jak pięknie zostałem wmanewrowany... Najpierw klasycznie "Dzien dobry,skąd jesteś, jak Ci na imię", potem lekko łzawa historia, szkoła z dzieciakami, dom, i jedzenie. Wiem że to nie jest duża kwota, ale mam juz dość tego ciagłego naciągania, oszustwa, matactwa, i wpędzania mnie w poczucie winy, że jestem bogatym białym, a oni biednymi hindusami. Są mistrzami w wywieraniu presji. Czas z tym skończyć, i zacząć być bardziej wkurwionym. Mam dość "przyjaciół"...
Podziękowałem za wspólne jedzenie, wyjaśniłem w czym problem, i polazłem w stronę hotelu. Akurat zaczęło być ładne światło, więc na koniec dnia poszedłem zwiedzić największy kompleks świątyń. Słynnych z licznych rzeźb z podręcznika kamasutry... Szok. Nie chodzi o świątynie, bo te ciekawe, ale bez jakiegoś wielkiego łałłł. Chodzi o oprawę. Czysto, schludnie, zielone trawniki, ścieżki kwiaty w kląbach... Aż oczom nie wierze... Naprawdę bardzo miła odmiana po wcześniejszych doświadczeniach. Nawet Taj Mahal może sie schować.
Jeszcze tylko Lassi z miodem, coś na ząb i hotel. Rano sie trzeba wymeldować, i potem jakoś zagospodarować cały dzien do 22... Będzie cieżko...
Komentarze
Prześlij komentarz