Diagnoza "angina"...

Nie da się. Zawsze coś. Jak nie spuchnięte ryło, to gorączka i jakiś badziew. 
Tak zacząłem dzień w Orchha. Nie pomogła dwukrotna zmiana koszulek w nocy. I wypocenie się jak mysz. Po tzw. śniadaniu, na dachu tzw. hotelu, z osobistym bodyguardem, który kijem odganiał małpy, polazłem w miasto. Miało byc ciekawie, wyszło jak zwykle. Świątynie jak świtanie, głownie w ruinie, albo w pozostałość. Za 200 rupi, gość mnie wpuścił na dach, i pokazał miejsca gdzie stanąć "na fotkę"... ;) zalazłem, pokręciłem się po okolicy, polazłem nad rzekę z nadzieją na fajny kadr, niestety nadaremnie. Wrocilem więc do centum, poszedlem zwiedzać "pałac królewski"... Czyli budowla wielkości Wawelu, w mieścinie wielkości Łomianek. Oczywiście większość w ruinie, albo zaawansowanym stadium rozkładu. Gdzieniegdzie pozostały ślady dawnej świetności. Wysoko pod dachem wieży, widać niebieskio-szmaragdową mozaikę. W latach świetności musiało to byc piekne miejsce... Zalazłem teren w koło, posiedziałem nad rzeką ktorej nie ma, wrocilem do hotelu, plecak, i na stacje. Zlapalamem Tuk tuka, władowałem się do przedziału bagażowego, i po 45 min. wyladowalem na obrzeżach Jhansi. Jeszcze tylko pertraktacje z następnym tuk tukiem, i 30 minut pózniej jestem na stacji. 3h czekania, bo oczywiście pociąg spóźniony, leżanka w wagonie B3 (tak samo jak wczoraj, tylko ze z klimą, kocami i poduszką. Władowałem sie na najwyższą prycze, i połamany w chińskie "x" pomiędzy plecaki a ścianę, nakryłem się kocami i poszedłem spać. 
4h pózniej wyladowalem na stacji w Khajuraho. Walka z naganiaczami, 20minut jazdy nocą pomwertepach, co jest nielada przeżyciem i można się wyładować w hotelu. 
Jeszcze tylko coś zjeść, woda, ostatnia porcja gripex'u i spać. Prysznic rano, bo cieplej wody brak. 
W nocy obudziłem się jakby mnie ktoś wyciągnął z wanny. Wszystko mokre. Prześcieradło, koce. Zmiana "garderoby", śpiwór z plecaka i dalej spać. Chyba przeceniam swoje siły... 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

8

Baloniki..

27