Posty

Ognioodporni...

Zgodnie z planem, dziś polazłem znow do stoczni... Bo co tak będę w hotelu siedział... I zgodnie z poleceniem mojego kolegi, zacząłem "dociskać" ;) kupiłem nawet fajki za całe 200 taka, czyli tyle ile "dobre" jedzenie w restauracji. Poszedłem w koszta. ;) Miejscówka znana, niektórzy mnie już rozpoznawali, więc łażę, kręcę się, szukam. Czasem ktoś zagada, czadem tylko krzyknie. A czasem tylko podchodzą w milczeniu jak zombie, i stoją patrząc co robisz.  Wracając trafiłem na wciąganie statku na brzeg. Trochę to trwało, ale przecież nie mam nic innego do roboty. Więc przystawałem i czekam. Do wciągnięcia używa sie jednej wyciągarki, stalowej liny, kilku konopnych, czy też kokosowych, trzech sprawnych jednostek pływających, dwóch łódek drewnianych i ok. 30, 40 ludzi... Niestety nie doczekałem końca procesu, ani tak naprawdę początku, bo pękła lina (konopna) i przerwali zabawę. Więc odwróciłem się na pięcie, i zobaczyłem czarny dym. A jak jest dym, to jest i coś ciekaweg...

Baloniki..

Dziś była koncepcja na balony. Bo gdzieś doczytałem że Dhace robią balony. No i polazłem szukać. Kolejne kilometry.  Droga trochę znana, bo kierunek jak garbarni. Ale tym razem zagłębiłem się po drodze w świat recyklingu. W ruderach, domach, fabryczkach, w hałasie, w ciemnościach, przerabiają odzyskany plastik na wszelkiemu maści produkty. I tak powstają klapki, węże ogrodowe, oprawki,mi diabli wiedz co jeszcze. Praca głownie w malutkich manufakturach, ale widziałem też duże linie produkcyjne. Niestety do sfotografowania słabe. Ciemno i ciasno.  Idę dalej. Przechodzę przez most nad czymś co kiedyś było rzeką, a teraz jest wysypiskiem śmieci. Idę na "czuja" bo nie mam pojecia gdzie dokładnie są te fabryki. Google Maps nie pomogło ;) Mijam jakąś jedna niewielka, mało fotogeniczną, ale za chwile trafiam na produkcje "garnków" z amelinium. Znów całe rodziny, i wszystko ręcznie. Ehhh.  I tak sobie chodzę, szukam, żar z nieba, setki pytań, krzyków i dziwnych odgłosów (mia...

Ołowiane żołnierzyki...

Dziś była koncepcja na zmianę lokalizacji. Dalej stocznia, ale w innym miejscu, a przy okazji cegielnia.  W sumie to tylko 6km w jedną stronę. ;) I tu znów potwierdza się koncepcja chodzenia. Bo jak bym pojechał transportem jakimś, nie trafiłbym na dzielnicę "stalową" gdzie przerabia się blachę z odzysku, i nową, na rożne inne poerdoly potrzebne do budowy innych pierdoł. Mniejszych i większych. I po raz kolejny rzyczliwość mieszkańców Bangladeszu daje o sobie znać. Mogłem połazić gdzie chciałem, i popstrykac co chcialem. Oczywiście w pakiecie z tym czego ni do końca chcialem, czyli dziesiątkami selfie... ;) No i tak poszło z "ogniem" półtorej godziny. Dodatkową nagrodą, była pyszna herbata ze świeżą miętą.  To już trzecia wersja herbaty pitej w Bangladeszu. Pierwsza z Imbirem, druga klasyczna ze skondensowanym mlekiem i cukrem, i ta trzecia. Zadowolony lezę dalej. Przejście przez most, gdzie z daleka widać wyładunek cegieł z barek. Równe stosy, z prześwitem na cięża...

Iron Man's

Dzień drugi w stoczni. Dziś juz na drugim brzegu słychać stukot młotków.  Zjadam omlet z trzech jajek, herbata i ciastko i w droge.  Dobijam do brzegu, i jest dobrze. Ruch jak w ulu, chalas niemiłosierny. Setki młotków, silniki łodzi, agregaty, wyciągarki. Niewiarygodne. Statki przygotowywane są już cześciowo na "redzie", gdzie czekają w kolejce do wciągnięcia. I nie ważne czy trzeba wyjąć potężne silniki, czy wyciąć jakis element, czy też tylko "obstukac" do malowania. Jak tylko zwalnia się miejsce, wciągają delikwenta na brzeg, i zaczyna się już na poważnie. Wycinanie poszycia, spawanie, latanie dziur, malowanie. Najbardziej zdumiewa "obstukiwanie" z  rdzy. Przez 10h dziennie faceci napierniczają w blachę młoteczkiem wielkości tego ze "Skazanych na shawshank".  Widziałem tylko kilka szlifierek. A przecież było by szybciej i ciszej. Ale może się mylę.  W kazdym razie warunki pracy żadne. Zabezpieczeń, kasków, rękawic, gogli, czy masek nie ma. Ja...

Dzięki Ci Google Maps... ;)

Trafiłem do stoczni. Dzięki Google Maps namierzyłem miejscówkę. Udało się dostać bez problemów, nikt nie strzela, nikt nie krzyczy. Radość wielka. Jedyny minus to piątek. Czyli nasza niedziela. Ale jednak ktoś pracuje, więc można zrobić rozpoznanie tarenu, i coś przy okazji popstrykac. Jestem zajebiscie zadowolony. Oby tylko choć kilka była ostra.  Cały dzień łażenia, zmów zapomniałem że trzeba coś pić i jeść. Ratuje herbata. Co zresztą zawsze wywołuje sensację i spore zainteresowanie lokalsow.  Wracam do hotelu, po drodze odwiedzam "restauracje" która niby serwuje chińskie jedzenie. Pytam sie pana co lepsze, czy krewetki z grilla, czy po chińsku. Pan oczywiście nie rozumie, więc zamawiam z grilla. Czekam 25 min. I dostaje krewetki w cieście, i po chińsku. No i klops. Bo nic z tego nie zamawiałem. Tłumaczę co jak, w końcu Pan załapał, i od zabrał do kuchni chińską wersję...  Nigdy nie zrozumiem w czym problem w tych azjatyckich "kuchniach". Na targu wybór wszelkiej ...

W krainie torebek Prady...

Dziś na rozgrzewkę, poszedłem poszukać garbarni. Bo gdzieś przeczytałem że są. ;) Tak wiec pobudka, mycie w zimnej wodzie, herbata z mlekiem i bulą, i w droge.  Jest ósma rano, więc miasto dopiero się budzi do życia. Dzieciaki do szkoły, gdzieniegdzie uliczni sprzedawcy, śmieciarze. Sporo "herbaciarni", i kramów z owocami. Ale ulice spokojne, mozna przejść bez trudu. Do czasu aż zza zakrętu nie wyłonił się targ cytrusów. Ja pierniczę...!!! Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Setki tragarzy, rikszy, sprzedawców hurtowych... Wszytko odbywa się namylicy, albo wprost z ciężarówek którymi udało się wcześniej znaleźć miejsce i zaparkować. Licytacja, tragarze wrzucają towar na głowę, i wynoszą poza obręb targu, gdzie przejmują go towarowe, lub osobowe riksze. Niewiarygodny ścisk, hałas, harmider. Schowałem aparat do plecaka, bo szans na dobre zdjecie nie ma w tym ścisku,ma uszkodzić go łatwo. Dystans kilkudziesięciu metrów zajmuje mi wiecej czasu niż przejęcie kilku klolometrow. W k...

Nowy wymiar chaosu...

Wyladowalem a Dhaka. Wysiadam z autobusu, i odrazu wpadam w wir niewyobrażalnego chaosu. Korek na kilka km., riksze, tuk-tutki, tragarze, i piesi. A wszytko to przeciskające pomiędzy autobusami, ciężarówkami, cała masą innych pojazdów. I oczywiście każdy trąbi, i dzwoni. Choć nidczego to nie zmienia... Dochodzi 16, więc na znalezienie hotelu nie mam zbyt wiele czasu. Nie wiem gdzie jestem, nigdzie nie znalazłem informacji gdzie szukać tanich hoteli, dzielnic "backpakerskich" nie ma, więc trzeba się zdać na intuicję i nogi. Kieruje się ku rzece, z nadzieją że tam coś trafię. Mijam stadion, kilka ulic, wielkie "domy towarowe" ktore przypominają bardziej magazyny, niż znane nam centra ze szkła, marmurów, i klimatyzacją. Docieram do ulicy "elektrycznej" tak zakorkowanej, że każdy metr z dwoma plecakami, to jak przecieranie się przez dżungle. Na szczęście jest tu inaczej niż w Indiach, i nikt się nie pcha, nie popycha, nie wciska na siłe. Widzę jakś szyld, więc...