Posty

Ostatni dzień w Waranasi

Wstałem jak zwykle ok.8. Cóż z tego że późno, skoro w nocy i tak się budzę co dwie godziny zlany potem. A hałas zaczyna męczyć od 6 rano. Śniadanie, pakowanie i spacer na nową miejscówkę. Klasyk. Ale mega pozytyw. Czysto, schludnie. miło. Pokój wieloosobowy, łazienka z ciepłą wodą. Jak w Azji. ;) Zostawiłem graty, i w miasto. Znów połazić. Jakoś mało zdjęć robię... "Łapie" sie na tym, że porównuję sporo do Birmy, albo ogólnie do całej zeszłorocznej wyprawy... A to juz było, a tamto było ciekawsze, itd. Jakoś tak trochę bez serca... A to dopiero dwa tygodnie.  Meczą mnie te Indie. Moze to wina anginy, a może męczącego "kina" przed wyjazdem... Nie wiem. Tak sobie wspominam zeszły rok, i pierwszy kontakt z Birmą... Zupełnie inaczej. Ale to pewnie czynnik ludzki. Tam sie ludzie uśmiechają, odpowiadają na pozdrowienie, są mili i przyjaźni. Tu tak nie jest... I do tego ten hałas... I wszechobecny smog... Wysysa z Ciebie całą energię...  Ale co tam. Jeszcze kilka dni, a po...

Święty ściek, i cała reszta...

Waranasi. Święte miasto. Najważniejsze dla hindusów. To tu przybywają "dokonać" żywota, lub "puścić  sie dymem". Można też dokonać oczyszczającej kąpieli w Gangesie. Choć słowo "oczyszczać" w tym przypadku nabiera nowego znaczenia.  Nie widziałem pływających trupów. Trochę żałuję, bo wtedy miałbym motywacje by do pełnego fotoreportażu zapłacić za pozwolenie na zdjecia z ciałopalenia. Ale zdechłe krowy, czy świnie pływające w rzece tez robią wrażenie. Zaraz obok prana jest pościel dla hoteli i ubrania dla ludzi. A potem wszystomto jest suszone na gównie... Ot całe Indie. Tu nie szanuje się nikogo i nic. Wszystko jest byle jakie, zrobione na odpierdol. Gorzej jak w Polsce. Całe te Indie,mto jedna wielka prowizorka... Chwalą się "atomówka", nowoczesną, ogromną armią, a sraja na ulicy, maja problem z prądem, nie maja kanalizacji, a korupcja zżera sama siebię. Porobiłem dziś trochę kilometrów... Znów polazłem tam gdzie nie powinienem, i przez chwile z...

Waranasi

Czyli o krok od deportacji...  Zameldowałem sie w hotelu. Dojechałem tam najdroższą taksówką jak dotąd. Normalnie wystarczyło przejść na drogą stronę dworca, i kawałek droga... A tak zapłaciłem 260rupii, za jazdę dookoła... Nomale tak juz jest, jak GPS nie działa... Przepakowalem się, i w drogę. Nad Ganges. Zobaczyć te cuda, święte schody, i trupy w wodzie... Dotarłem, schody sa, ludzie się kapią w tym syfie, ale syf taki sam jak wszędzie indziej w Indiach... No i palą... 5-6 ciał rownocześnie... Ruch jak w KFC. Podchodzę bliżej, oczywiście przyczepia sie jakis lokals, i mówi o zakazie zdjeć. Potwierdzam że wiem, i ze nie robię. O że jak chcę, to mogę dostać pozwolenie. No Wy łajzy, sobie myśle. Tak to nie można, bo obraza,świętokradztwo, i cuda wianki, ale jak zapłacisz, to nie ma problemu... Podziękowałem, powiedziałem że jutro. Idę sobie dalej, i kolejny zaczepia. Nietykalny. Bo pali. Ta sama rozmowa, ta sama odpowiedz. On mówi ze jedno mogę zrobić. No, dwa razy mi nie trzeba mo...

Antybiotyk- Khajuraho

Nie udało się bez... Poddałem się. Ale to za chwile.  Dziś rano umówiony byłem z "zaprzyjaźnionym" tuktukarzem.. ;)  W planach zwiedzanie okolicy na motorze, ma byc też jazda w góry do zapomnianych przez cywilizację wiosek.. W końcu coś wiecej niż miasto, i okolice. Lekko zdrowy, wsiadłem na motor, i pojechaliśmy. Pierwszy przystanek stacja, potem jego wioska. Łącznie z wizytą w domu, herbatą z dziadkiem, i oglądaniu pola. Sama wioska w ciekawej formie. Trochę przypomina greckie domki. Moze to przez malowanie na biało-niebiesko, moze przez glinę, z ktorej są zrobione. W kazdym razie wyglądaj naprawde malowniczo. Niektóre maja ponad 100lat... Tak jak i studnie kopane ręcznie,mi cembrowane cegła... No i naprawde czysto. To ju nawet nie jak na Indie, ale jak na azje... Obejścia pozamiatane, pomalowane, a przed kazdym wejściem wysmarowane krowim łajnem. Na szczęście, i zeby muchy w domu nie latały. Muszę tak spróbować u siebie latem... ;)  Potem kolejna wioska, i jeszcze jedn...

Mam dość...

Wstałem. Jest 8. Żyje, słaby ale idę na śniadanie... Pierwszy raz śniadanie w miarę przyzwoite. Omlet, tosty, dżem. Jeszcze prysznic, i w drogę. Kolejne świątynie... Trafiłem do jakiegoś małego kompleksu. Tak na początek. Nie ma szału. Większość zniszczona przez muzułmaninów i poskładana z klocków ktore udało się odzyskać. Wracając trafiłem do wioski, i tu zaczęło byc fajnie. Do momentu gdy sie do mnie nie przyczepił jakiś lokales. Chciałem połazić sam, ale sie nie da. Chcąc być miły, zacząłem z nim gadać. Dołączył do nas jeszcze jego kuzyn niemowa, i tak w trójkę, laziliśmy po wiosce, a on opowiadał. Zaprowadził mnie do szkoły w ktorej niby uczy, dał pamiątkową księgę do wpisu, a potem wyciągnął książeczkę z pokwitowaniami i prośbą o dotację. Bo szkoła niepubliczna, dla dzieci ktore nigdy by do niej nie mogły pójść. Zapaliła się lampka ostrzegawcza, ale myśle ok. Dałem sie naciągnąć mnichom, artyście, to tu przynajmniej jest jakis sens. Dałem datek, posłuchałem jeszcze trochę opowieśc...

Diagnoza "angina"...

Nie da się. Zawsze coś. Jak nie spuchnięte ryło, to gorączka i jakiś badziew.  Tak zacząłem dzień w Orchha. Nie pomogła dwukrotna zmiana koszulek w nocy. I wypocenie się jak mysz. Po tzw. śniadaniu, na dachu tzw. hotelu, z osobistym bodyguardem, który kijem odganiał małpy, polazłem w miasto. Miało byc ciekawie, wyszło jak zwykle. Świątynie jak świtanie, głownie w ruinie, albo w pozostałość. Za 200 rupi, gość mnie wpuścił na dach, i pokazał miejsca gdzie stanąć "na fotkę"... ;) zalazłem, pokręciłem się po okolicy, polazłem nad rzekę z nadzieją na fajny kadr, niestety nadaremnie. Wrocilem więc do centum, poszedlem zwiedzać "pałac królewski"... Czyli budowla wielkości Wawelu, w mieścinie wielkości Łomianek. Oczywiście większość w ruinie, albo zaawansowanym stadium rozkładu. Gdzieniegdzie pozostały ślady dawnej świetności. Wysoko pod dachem wieży, widać niebieskio-szmaragdową mozaikę. W latach świetności musiało to byc piekne miejsce... Zalazłem teren w koło, posiedział...

"Perły przed wieprze"...

Obraz
Wstałem. Oczywiście w nocy zimno. Po gripex'ie mokry jak mysz. Ale czuje sie dobrze. Prysznic, śniadanie, i do kolejki. Bo nie sadzę, by nie było tłumów na Taj Mahal w porannym słońcu. Znając drogę, po 20 min. marszu byłem juz na miejscu. I tu zaczyna się "zabawa". Ustawiam się w kolejce, (osobno panie, osobno panowie), ale widzę że każdy trzyma w łapie bilet. Lekko zaniepokojony podchodzę do strażnika i pytam gdzie kupię bilety, skoro ta kolejka nie jest do kasy. Odpowiedz- kasy są kilometr dalej. Genialne. Całe szczęście że podszedłem do tej bliższej bramy, i nie musiałem zapieprzac wokół całego kompleksu. Dopiero bym się wkurwił. 15 min. pózniej z biletem w dłoni, wracam elektrycznym autobusikiem. "Meska" kolejka krótka, wiec poziom irytacji spadł do 30%. Przechodzisz przez kontrole jak na lotnisku. Prześwietlają bagaż, macanko i wykrywacz. No i sie przypieprzyli do statywu. Ze nie można. Jakis wąsaty pajac z karabinem na ramieniu, angielszczyzna gorsza od mo...