Posty

Mam dość...

Wstałem. Jest 8. Żyje, słaby ale idę na śniadanie... Pierwszy raz śniadanie w miarę przyzwoite. Omlet, tosty, dżem. Jeszcze prysznic, i w drogę. Kolejne świątynie... Trafiłem do jakiegoś małego kompleksu. Tak na początek. Nie ma szału. Większość zniszczona przez muzułmaninów i poskładana z klocków ktore udało się odzyskać. Wracając trafiłem do wioski, i tu zaczęło byc fajnie. Do momentu gdy sie do mnie nie przyczepił jakiś lokales. Chciałem połazić sam, ale sie nie da. Chcąc być miły, zacząłem z nim gadać. Dołączył do nas jeszcze jego kuzyn niemowa, i tak w trójkę, laziliśmy po wiosce, a on opowiadał. Zaprowadził mnie do szkoły w ktorej niby uczy, dał pamiątkową księgę do wpisu, a potem wyciągnął książeczkę z pokwitowaniami i prośbą o dotację. Bo szkoła niepubliczna, dla dzieci ktore nigdy by do niej nie mogły pójść. Zapaliła się lampka ostrzegawcza, ale myśle ok. Dałem sie naciągnąć mnichom, artyście, to tu przynajmniej jest jakis sens. Dałem datek, posłuchałem jeszcze trochę opowieśc...

Diagnoza "angina"...

Nie da się. Zawsze coś. Jak nie spuchnięte ryło, to gorączka i jakiś badziew.  Tak zacząłem dzień w Orchha. Nie pomogła dwukrotna zmiana koszulek w nocy. I wypocenie się jak mysz. Po tzw. śniadaniu, na dachu tzw. hotelu, z osobistym bodyguardem, który kijem odganiał małpy, polazłem w miasto. Miało byc ciekawie, wyszło jak zwykle. Świątynie jak świtanie, głownie w ruinie, albo w pozostałość. Za 200 rupi, gość mnie wpuścił na dach, i pokazał miejsca gdzie stanąć "na fotkę"... ;) zalazłem, pokręciłem się po okolicy, polazłem nad rzekę z nadzieją na fajny kadr, niestety nadaremnie. Wrocilem więc do centum, poszedlem zwiedzać "pałac królewski"... Czyli budowla wielkości Wawelu, w mieścinie wielkości Łomianek. Oczywiście większość w ruinie, albo zaawansowanym stadium rozkładu. Gdzieniegdzie pozostały ślady dawnej świetności. Wysoko pod dachem wieży, widać niebieskio-szmaragdową mozaikę. W latach świetności musiało to byc piekne miejsce... Zalazłem teren w koło, posiedział...

"Perły przed wieprze"...

Obraz
Wstałem. Oczywiście w nocy zimno. Po gripex'ie mokry jak mysz. Ale czuje sie dobrze. Prysznic, śniadanie, i do kolejki. Bo nie sadzę, by nie było tłumów na Taj Mahal w porannym słońcu. Znając drogę, po 20 min. marszu byłem juz na miejscu. I tu zaczyna się "zabawa". Ustawiam się w kolejce, (osobno panie, osobno panowie), ale widzę że każdy trzyma w łapie bilet. Lekko zaniepokojony podchodzę do strażnika i pytam gdzie kupię bilety, skoro ta kolejka nie jest do kasy. Odpowiedz- kasy są kilometr dalej. Genialne. Całe szczęście że podszedłem do tej bliższej bramy, i nie musiałem zapieprzac wokół całego kompleksu. Dopiero bym się wkurwił. 15 min. pózniej z biletem w dłoni, wracam elektrycznym autobusikiem. "Meska" kolejka krótka, wiec poziom irytacji spadł do 30%. Przechodzisz przez kontrole jak na lotnisku. Prześwietlają bagaż, macanko i wykrywacz. No i sie przypieprzyli do statywu. Ze nie można. Jakis wąsaty pajac z karabinem na ramieniu, angielszczyzna gorsza od mo...

Agra..

W pociągu niestety siedziałem z bandą dzięciorów, ktore się darły niemiłosiernie i kopały mnie pod stołem... Tak więc mimo słuchawek nie pospalem. A czułem się podle. I tylko widok z oknem rekompensował przerywany sen. Widać prawdziwe Indie. Żałuje że nie mam jak po nich pojeździć inaczej niż komunikacją publiczną. Chociaż z drugiej strony, przy tym jak oni jeżdżą, mógłbym tego nie przeżyć... Ale zdjecia były by prawdziwe... Może jeszcze coś wymyślę...  Wylądowałem w Agrze. Jest 10.30. Do hotelu znów 5km marszu. Klasycznie pokój od głównej ulicy, na dole Pizza Hut, Costa Coffe... Może trzeba się zacząć stołować u nich, bo jak na razie hinduskie jedzenie mi nie podchodzi... Wziąłem prysznic, gripex, i w wyro. 3h drzemki, spocony jak mysz, wstałem i w drogę. Zobaczyć gdzie jest Taj Mahal, bo dziś  i tak jest zamknięty.  Dotarłem nad żeke, gdzie oczywiście można było zrobić piekne zdjecie z łódki w promieniach zachodzącego słońca. Takie jakich tysiące ju zrobiono... Podyskut...

Sylwester...

Tak jak pisałem wczoraj, niezbyt "wyraźny" wstałem i poszedłem w miasto. Znów bez konkretnego celu... Skończyło się kinem, z Bollywoodzką superprodukcją historyczną. Trzeba przyznać że mają rozmach. Setki statystów, scenografia i kostiumy na bogato, sceny batalistyczne itp. Oczywiście reszta w klasycznej formie. Duże łzawe oczy u wszystkich, zwolnienia, choć kręcone na normalnym klatkarzu, miłość szczęśliwy i nieszczęśliwa, teatralne gesty i przerysowana gra. Wysiedziałem do przerwy i wyszedłem. Samo kino tez ciekawe. W stylu naszych starych dobrych kin, z czasów przed multipeksowych. Ale w pierwszych żedach na fotelach nie ma siedzisk, oczywiście wszystko usyfione, flausz na fotelach aż ślini od brudu. Ja miałem szczęście i kupiłem bilet na miejsca dla VIP'ów.. ;) obite sztuczną skórą, rozkładane jak w pierwszej klasie ekspresu... No i Pan "usadzacz" który jak w filmach braci Marx, chodzi z latarką i usadzą wszystkich na ich miejscach...  A jeszcze jedna ciekaw...

Pink City...

Jaipur, mogło by mieć jedno z najładniejszych starych dzielnic jakie widziałem. Być może najładniejsze.  Piekne freski, detale, architektura... Niestety wszystko to "gnije" w szambie ulicy... Nikt o to nie dba, nikt sie tym nie przejmuje... Jeden wielki rynsztok. Spokojnie można by kręcić "Pachnidło" bez szczególnych nakładów... A zaczaąłem dzieñ tak pięknie, od ślicznej świątyni, na dodatek tylko dla mnie... ;)  A potem to już klasycznie. Wąskie uliczki, z dala od turystów i utartych szlaków...  Przejechałem się metrem, w ramach rozpoznania, odwiedziłem stację kolejowa, i postanowiłem poszukać poczty... 3 km, tylko po to by w jedynym okienku po 20 min. czekania kupić pocztówki...  Umarłem z śmiechu jak je dostałem. Żółty kartonik, z jednej strony czysty, z drugiej z nadrukowanym znaczkiem i miejscem na adres.,i to wszystko. Może to jakaś specjalna wersja dla dzieci...? W stylu "namaluj to sam"... Wysłałem, zobaczymy czy dotrze. Potem jeszcze przygoda z wy...

Jaipur

Dziś "różowe miasto"...  Jako iż pociąg z Pushkar miałem dopiero o 15, to sobie wykombinowałam że spróbuje jakoś dostać sie wcześniej... O 8 wsiadłem w autobus, który chyba tylko cudem i siła modlitw pasażerów sie nie rozpadł. Po 40'min, byłem juz w Ajimir. Tu chciałem złapać pociąg, ale jak wysiadłem z autobusu, był,jakis następny do Jaipur. Nie zastanawiałem się długo... Ten był jakis solidniejszy, i po trzech godzinach z plecakiem na kolanach dojechałem do Jaipur.. Jeszcze tylko walka z rikszarzami i meldunek w hotelu... Przegrupowanie bagażu, i w miasto. Bo nie wiem czemu ale ubzdurała mi sie ze jestem tu tylko jedną noc. Pózniej się okaże że trzy ;) Łącznie z sylwestrem. Chyba mi nie służy taka "zaplanowana" podróż. Olałem pałac królewski z biletem za 400 rupi, olałem obserwatorium astronomiczne bo kolejka nieziemska, i dałem się zgubić w uliczkach. I to lubię... To mnie napędza.  Wrocilem już późnym wieczorem, idąc uliczkami gdzie lokalni dziwnie się na mn...