Posty

"Oczko"...

Tak sobie dzisiaj uświadomiłem, że jak bym stanął na golasa w cieni, to widać by było tylko "kadłubek"... ;) dół do kolan, góra jak Wenus z Milo bez głowy... ;);) chyba trzeba będzie się jakoś "doopalać" albo co prostsze, nie stawać nago w cieniu... ;) dziś się znów szlajam, i znów trafiłem w miejsce niezwykle, gdzie odnalazłem namiastkę "tropików". Wykładali to trochę jak ogród botaniczny, z chatkami na palach, wbitych w mokradła. Strach pomysleć co się tam dzieje w porze deszczowej...  Jak wróciłem do "centum" ok. południa, poszedłem do banku wymienić kasę, bo przez to cholerne Innle Lake, zmieniły mi się założenia budżetowe... Okazało się że Pani nie może rozmienić mi 100$ i wymienić tylko 50, a jak poprosiłem o wymianę 100$, i powtórną zamianę 50$ na Kayaty, to okazało sie to niemożliwym... Rząd zakazał sprzedaży dolcow, nie wiadomo dla czego, i nie wiadomo jak długo... Pewnie wojsko chce sobie kupić nowe zabawki..  Po południowej "drzem...

Zdjecia

Obraz
Bangan Bangan tzw. klasyk...  Bangan XXI w.... Birmańskie "cygara" 3000 szt. dziennie. 3szt/1$ Innle Lake Trzy pokolenia... Tak wyglada fotografowanie z płynącej łódki... Innle Lake tzw.,pływający targ, który już nie pływa.. ;) został przeniesiony na ląd, ale klimat swój ma.  Sankar, miejsce które wyglada lepiej na zdjęciach niż w rzeczywistości... ;) Wytwórnia wina ryżowego. Kolejny klasyk. Tak naprawdę to Panowie pozują już tylko dla turystów. Podpływasz, albo wsiadasz, robisz słit focie, i płacisz. Nie widziałem żadnego innego rybaka który by używał takiego "kosza".  A tak dzieci wracają ze szkoły... Birmański "red bull"... ;) LUCKY LUKE... ;) Klasyczna herbaciarnia... Kolory Pathein Moi ulubieńcy. Partia warcab, rozgrywana pomiędzy szewcem i kaletnikiem. O 3 cygara

Od zmierzchu do świtu i kawałek dalej...

Ta Birma mnie wykończy... 12h w nocnej "lodowce"... Czuję że mój organizm walczy ze "złem"... Mam nadzieję że da radę, bo nie mam ochoty łykać birmańskich specyfików. Choć po raz pierwszy w całej tej mojej Birmańskiej przygodzie, widziałem dziś szpital. Taki na wypasie, nowoczesny budynek z betonu i szkła... Aż miałem ochotę wejść do środka i zobaczyć co i jak...  Ogólnie po 18h jazdy, z jedną masakryczną przesiadką w Yangon, wylądowałem w obskurnym pokoju w Pathein. Mieście na uboczu, w którym wytwarza się Birmańskie parasole. Przez cała drogę nic nie jadłem, tak na wszelki wypadek żeby nie trzeba było korzystać z przydrożnego kibla. Strach tam nawet wejść, a co dopiero korzystać. Pozycja na narciarza, a "spłukiwanie" odbywa się za pomocą rondelka i wody zaczerpniętej z kanału, który płynie prze cały rząd kabin. Po wyjściu z takiego "przybytku" obmywasz elegancko nogi do kolan, szorujesz klapki i jest ok. Ręce płuczą nieliczni, choć papieru tam ...

Do trzech razy sztuka...

Jako iż miałem dziś mnóstwo czasu do wyjazdu (autobus rusza o 17.30) poszedłem w okoliczne górki. Jak zawsze sam, i z nazwami kolejnych wiosek zapisanych na kartce... Przed wyjściem po raz pierwszy zjadłem śniadanie w hotelu...;) Do tej pory zawsze wychodziłem zanim było gotowe...  Tak wiec najedzony ruszyłem. Nauczony wcześniejszym doświadczeniem, pytałem o drogę co druga napotkaną osobę... Zgodność kierunków była, więc idę. Do pewnego momentu. Znów trafiłem do wioski której nazwy nie miałem, a w której nikt nie wiedział gdzie jest wioska do której chce iść. Tak jakby znali tylko swoją, i miasto gdzie jeżdżą na zakupy... Nie da się "uprawiać" trekkingu samemu w Birmire. Bez wojskowej mapy, albo przewodnika. Chyba ze ja jestem taki głupi...  Fajnie było zobaczyć kawałek "Toskani" w Birmie. Niestety do samej winiarni nie dało się wejść. Więc wina nie degustowałem. W sklepie butelka Muskat'a kosztuje 20000 kayatów...  Wróciłem do miasta, zjadłem średnio dobry obia...

Dzień w którym stałem się turystą...

Niestety... Nie dało sie inaczej, bo żeby zwiedzić Inle Lake, trzeba wynająć łódź.  Nie można samemu, jakiegoś kajaka, czynów w tym stylu. No więc wynająłem... Jako że to moja samotna wyprawa, koszty takich przyjemności są dużo większe niż w podróżowaniu w grupie. Ale to jedyny minus ;). Tak wiec wsiadłem łodzi, uzbrojony w aparat, puchówkę i kapelusz wielkości felgi w moim Fiacie.  Na nie wiele sie to zdało. Zmarzłem jak szlag, ale cóż zdobić. Plan był taki, żeby popłynąć do Sangan, po drodze odwiedzić pływający targ, który odbywa się raz w tygodniu, i omijać wszelkie turystyczne zoo, typu " mnisi i ich skaczące koty" czy tez odwrotnie. Nie była to moja najlepsza wycieczka. Fotografowanie z płynącej łodzi, daje tyle samo przyjemności co sex z brzydką kobietą... Czyli niewiele... Sangan rozczarował, wizyta w "stoczni" ciekawa pod względem informacji ( łódka turystyczna, robiona jest przez pięciu ludzi w miesiąc. Na gotowo. Kosztuje 2000$. Normalnego Birmanczyka nie ...

16

O drugiej w nocy dotarłem do Kalaw... Zmarznięty, niewyspany. Na szczęście udało się od razu znaleść  nocleg, wiec tylko zęby i spać... W życiu nie przypuszczałem że w Birmie będę spał pod kocem i kołdrą... A i tak mnie telepało. O 7 pobudka, bo jest plan ruszyć na szlak, i w trzy dni przejść prze górki do Inle Lake. Taki więc pełen optymizmu, i lekkiego niepokoju (bo nie ma szlaków i mapy) ruszam w trasę. Łapie "MotoTaxi" pokazuje gdzie chcę dojechać, ustalamy cenę i jedziemy. Po 5 km, pan sie zatrzymuje i pokazuje ze to tu. No to ruszam. Droga jak to w Birmie;) Na początku widoki żadne, ale postanowiłem nie tracić wiary. Po jakiejś godzinie, pytam się napotkanego lokalsa o wiochę do której powinienem dotrzeć. Śmieje się, i pokazuje że dalej prosto... Ni to idę... Po kolejnych dwóch godzinach marszu docieram do jakiejś wioski. W lokalnym sklepiku kupuje coś do picia i herbatniki, co by zabić lekko głód. Pytam o drogę. Nikt nie wie, a siedziało tama 10 osób. W końcu zawołali ...

17

Niestety poranek nie przyniósł oczekiwanej poprawy... Na dzień dobry błądziłem 40 min, szukając nowego lokum, bo Pani narysowała zła mapę, a oczywiście każdy kogo pytałem pokazywał inny kierunek... Masakra. Potem szukałem transportu (łodzi) żeby sie dostać do Sankar. Ciężko im wytłumaczyć że nie chcę oglądać "turystycznego zoo", mnichami i ich skaczących kotów, i tym podobnych atrakcji. Dobił mnie gość który mnie wyprosił z baru, odmawiają podania jedzenia... WTF!!! Poszedłem na targ, bo tam zawsze można "dobrze" (no może tanio) zjeść. Trafiłem na pyszną zupę...;) najedzony, poszedłem szukać ciekawych kadrów, czyli powalając się po okolicy, unikając turystów.  Na kolacje moje ulubione mandarynki, i książka na dobranoc...