Caye Caulker - czy aby napewno Raj...?
Siedzę w hostelu w San Pedro.. Za oknem deszcz, a w Polsce dramat.
Ale po kolei...
Do Belize dotarłem z Livingston łodzią. 45 min, 500hp, i ląduję w innym świecie... Anglojęzycznym.. ;) Na dzień dobry przywitała mnie para Mennonitów, i duchota dżungli. Zdążyłem jeszcze na wcześniejszy autobus.
Skorzystałem z okazji że byłem pierwszy i zająłem sobie miejscówkę. Ciężko powiedzieć że wygodną, bo w Chickenbusie wygodnie jest chyba tylko dzieciom. Albo osobą wzrostu metr pięćdziesiąt ;)
Za oknem krajobraz zmienia się jak w kalejdoskopie. Dżungla, pagórki, skromne chatki z bambusa, drewna, kryte strzechą. Za chwilę las, gaje pomarańczowe, trochę lepsze chatki, trochę więcej ludzi, trochę mniej gór. I potem znów dżungla, ale trochę inna. I znów góry. Piękny kraj, wielkości województwa zachodniopomorskiego.. Moglibyśmy się wymienić. ;)
Po prawie 7h, kilkudziesięciu przystankach, i kilku postojach, docieram do Belize City.
Miałem nadzieję że uda się od razu dotrzeć na wyspę, ale było już za późno. Więc trzeba poszukać noclegu. A z tym łatwo nie jest. Bo tu nikt nie nocuje... Wszyscy uciekają na wyspy, albo w głąb kraju. Miasto istnieje dla WaterTaxi...
W każdym razie jest noc, taksówkarze ostrzegają przed samotnym spacerem po mieście, a ja swoje...
Plecak na grzbiet, i w drogę. Przeżyłem nocny spacer ze szczurami po New Deli, to przeżyję i to.
Na ulicach ciemnoskórzy potomkowie niewolników, Indian, a w sklepach Chińczycy i Hindusi.
I zapach marihuany.
Mapa pokazuje 2km. do hostelu który był moim celem, ale nie miałem rezerwacji. Docieram po 15min, i z duszą na ramieniu pytam o pokój. Spóźniłem się chwilę, bo jakiś gość przede mną, też bez rezerwacji wziął dwa pokoje. Najpierw propozycja jakiegoś pokoju za 40$... Trochę mnie przytkało, bo o drodze nie widziałem żadnej alternatywy. Skończyło się na "you are lucky", i 25$. I tak drogo, ale to najdroższy kraj w mojej aktualnej podróży. I chyba najdroższy ogólnie.
Dostałem pokój z dwuosobowym łożem, i łazienką Pierwszy raz od miesiąca, śpię w pokoju sam. Nikt nie będzie chrapał, wiercił się, pierdział i wstawał w nocy na "siku-kupa"...
Raj.. ;)
To jeszcze tylko spacer na kolację, i spać. Wszytko pozamykane. Otwarta restauracja, dwa "supermarkety" i nic poza tym. Przez chwilę myślałem że kolacja będzie na "zimno", ale przy posterunku policji trafiłem na wózek z burito. Paskudne, ale tanio i w miarę ciepłe. Zjadłem, dokupiłem ciastek i bananów w markecie i wróciłem do hotelu. Rano zrobię rekonesans jak na wyspę.
Wyspałem się. Wstałem o 7, można powiedzieć że wypoczęty, prysznic i poszedłem na obchód "kwadratu".
Do przystani 500m. Ale najpierw śniadanie. Zaszalałem i poszedłem do kawiarni. Mają dobry ekspres, młynek, to zamówiłem espresso, i jajecznicę z boczkiem. A co. Skoro kompostownik zaczął normalnie funkcjonować, to niech ma nagrodę.
Jajecznicę dostałem w bułce, jak do hamburgerów, a espresso to zwykła lura, podana w małej filiżance. Naprawdę zaszalałem...
Trudno. Ale przynajmniej było treściwe. W drodze powrotnej, kupiłem bilet "open" na trasie Caye Caulker-San Pedro-Belize City. Tak było taniej.
Do hotelu po plecak, i o 10.30 odpływam do raju. Przynajmniej według opisów w internecie. ;)
1h i na miejscu. Jest słońce, są palmy, szczątkowe plaże. Nie ma samochodów, są meleksy. Jest super. Melduję się w hostelu, znów bez rezerwacji, bo dzień wcześniej, a nie dało się zmienić. I znów mam szczęście. Znajduje się łóżko. Ufff. Chociaż jako alternatywę brałem pod uwagę spanie w namiocie. Tylko problem byłby gdzie. Bo plaży nie ma na tej wyspie. Ale coś by się znalazło. ;)
Zostawiam plecak, i na rozpoznanie. Wyspę można obejść całą w godzinę. Jest jeszcze jej druga część, która powstała w wyniku przejścia huraganu, skutkiem czego, wąska grobla łącząca obie części, zniknęła. I powstał kanał. Na tej drugiej, jest raptem kilka hoteli, i głównie prywatne posiadłość. Dostać się tam można kajakiem, albo łodzią.
Zostawiam na później.
Główny deptak, to przeważnie restauracje, hotele, supermarkety i agencje turystyczne oferujące atrakcje wodne.
Na jednym końcu lotnisko, na drugim, plaża miejska... I tyle.
Pomiędzy węższymi brzegami upchnięte domki, elektrownia, i reszta knajp, hosteli i hoteli.
Mam tu klepnięte 4 noce. I kolejne 4 w Ambergris Caye. Chyba przesadziłem... ;)
Strasznie drogie miejsce na czytanie książki... ;)
Trzeba coś zjeść. W restauracjach ceny powalają. Ale znalazłem gdzieś wciśniętą między domami knajpę. Chef Juan's Kitchen. Zamówiłem krewetki w curry kokosowym. Niebo w gębie. Naprawdę, wróciła moja wiara w jedzenie... ;)
Najedzony, szczęśliwy wróciłem do hotelu, który jak się okazało był też domem dla jakichś 30 kotów. Taka Violetta Villas w Belize. Było by fajnie, gdyby wszytko nie śmierdziało kocim moczem....
Trudno. Było tanio. ;)
I są kajaki do bezpłatnego użytku. Super, bo normalna cena na wyspie to 40zł/h
Więc kąpielówki w kajak. Na drugą część wsypu. Jest fajnie, bo trochę wieje, a po 15 słońce już nie wypala szarych komórek...
Ale niestety jest inny problem. Po wpłynięciu w las namorzynowy, w ciągu sekundy, obsiadły mnie moskity. Myślałem że mnie zjedzą żywcem. Walka była zażarta, ewakuacja błyskawiczna, a ofiar u przeciwnika więcej niż ukraszeń u mnie. ;)
Godzinę później, "zaparkowałem" przy pomoście i taplałem się w ciepłych, turkusowych wodach morza Karaibskiego... Życie bywa piękne.. ;)
Dzień drugi to śniadanie z bananów, jogurtu i płatków kupionych wczoraj w sklepie, szlajanie się po wyspie, czytanie książki, pływanie, i rozpoznanie w ofertach na snurkowanie. Miałem przez chwilę chyry pomysł na nurkowanie. W Big Blue Hole. Czyli tej wizytówce Belize. Wielkiej dziurze w morzu, głębokiej na ponad 120m, otoczonej okrągłym atolem...
Nie ma patentu, ale wymyśliłem że się nie przyznam. Chciałem zejść tylko na 40m. Do miejsca w którym widać wielki stalaktyt, a dziura przybiera postać wielkiej jaskini.
Przygoda. Dekompresja, podwodny świat...
Niestety nie przeszło. Potrzebowali dowodu na kurs PADI. A ja nie miałem. Smutek.
Trzeba będzie lecieć do Tajlandii i zrobić. Nie wierzę że parogodzinny kurs, gdzieś na tajskiej wyspie, zmienia coś w podstawach nurkowania i jakość szczególnie poszerza wiedzę... ;)
Pewnie można to przyswoić w 15min, szybkiego kursu przed.. Jak kiedyś, w innym życiu nurkowałem w Morzu Czarny, żaden Ukrainiec nie pytał się o papiery. Dostałem butlę, maskę i instrukcję. Tu wciągasz, tu wydmuchujesz. ;)
Ale czasy się zmieniły, a ja nie popłynę na BBH. Szukałem też opcji na samo snurkowanie, ale wszyscy odradzali. Że tak naprawdę to niewiele można tam zobaczyć z powierzchni wody. Więc szkoda czasu i kasy (prawie 200$)...
Trochę rozgoryczony poszedłem, i wykupiłem klasyczne snurkowanie. W polecanej firmie...
Na domiar złego Chef Juan jest dzisiaj zamknięty... Znalazłem jakąś Panią, z wózkiem, i zjadłem ryż z fasolą i pulpetami. Trochę mdłe, ale ok. To kara za "chińską zupkę" ze spleśniałym czymś w środku.
Ale wieczorem trafiłem na inną knajpkę, i tym razem zaszalałem z krewetkami w sosie czosnkowym... ;)
Jestem na wyspie. Nie będę jadł kurczaka. ;)
Jeszcze tylko lody, i znów szczęśliwy idę spać.
Jutro pływanie.. ;)
A i jeszcze, jak widać na zdjęciach... Wyspy to nie tak do końca raj.. Ścieki do morza. prąd z trzech potężnych agregatów, napędzanych ropą, śmieci oczywiście też gdzieś w kąt. Chociaż trzeba przyznać że na "ulicach" czysto, a dzieci w szkole uczone są zbierania śmieci... Co nie zmienia faktu, że coś z nimi trzeba zrobić...
Ale po kolei...
Do Belize dotarłem z Livingston łodzią. 45 min, 500hp, i ląduję w innym świecie... Anglojęzycznym.. ;) Na dzień dobry przywitała mnie para Mennonitów, i duchota dżungli. Zdążyłem jeszcze na wcześniejszy autobus.
Skorzystałem z okazji że byłem pierwszy i zająłem sobie miejscówkę. Ciężko powiedzieć że wygodną, bo w Chickenbusie wygodnie jest chyba tylko dzieciom. Albo osobą wzrostu metr pięćdziesiąt ;)
Za oknem krajobraz zmienia się jak w kalejdoskopie. Dżungla, pagórki, skromne chatki z bambusa, drewna, kryte strzechą. Za chwilę las, gaje pomarańczowe, trochę lepsze chatki, trochę więcej ludzi, trochę mniej gór. I potem znów dżungla, ale trochę inna. I znów góry. Piękny kraj, wielkości województwa zachodniopomorskiego.. Moglibyśmy się wymienić. ;)
Po prawie 7h, kilkudziesięciu przystankach, i kilku postojach, docieram do Belize City.
Miałem nadzieję że uda się od razu dotrzeć na wyspę, ale było już za późno. Więc trzeba poszukać noclegu. A z tym łatwo nie jest. Bo tu nikt nie nocuje... Wszyscy uciekają na wyspy, albo w głąb kraju. Miasto istnieje dla WaterTaxi...
W każdym razie jest noc, taksówkarze ostrzegają przed samotnym spacerem po mieście, a ja swoje...
Plecak na grzbiet, i w drogę. Przeżyłem nocny spacer ze szczurami po New Deli, to przeżyję i to.
Na ulicach ciemnoskórzy potomkowie niewolników, Indian, a w sklepach Chińczycy i Hindusi.
I zapach marihuany.
Mapa pokazuje 2km. do hostelu który był moim celem, ale nie miałem rezerwacji. Docieram po 15min, i z duszą na ramieniu pytam o pokój. Spóźniłem się chwilę, bo jakiś gość przede mną, też bez rezerwacji wziął dwa pokoje. Najpierw propozycja jakiegoś pokoju za 40$... Trochę mnie przytkało, bo o drodze nie widziałem żadnej alternatywy. Skończyło się na "you are lucky", i 25$. I tak drogo, ale to najdroższy kraj w mojej aktualnej podróży. I chyba najdroższy ogólnie.
Dostałem pokój z dwuosobowym łożem, i łazienką Pierwszy raz od miesiąca, śpię w pokoju sam. Nikt nie będzie chrapał, wiercił się, pierdział i wstawał w nocy na "siku-kupa"...
Raj.. ;)
To jeszcze tylko spacer na kolację, i spać. Wszytko pozamykane. Otwarta restauracja, dwa "supermarkety" i nic poza tym. Przez chwilę myślałem że kolacja będzie na "zimno", ale przy posterunku policji trafiłem na wózek z burito. Paskudne, ale tanio i w miarę ciepłe. Zjadłem, dokupiłem ciastek i bananów w markecie i wróciłem do hotelu. Rano zrobię rekonesans jak na wyspę.
Wyspałem się. Wstałem o 7, można powiedzieć że wypoczęty, prysznic i poszedłem na obchód "kwadratu".
Do przystani 500m. Ale najpierw śniadanie. Zaszalałem i poszedłem do kawiarni. Mają dobry ekspres, młynek, to zamówiłem espresso, i jajecznicę z boczkiem. A co. Skoro kompostownik zaczął normalnie funkcjonować, to niech ma nagrodę.
Jajecznicę dostałem w bułce, jak do hamburgerów, a espresso to zwykła lura, podana w małej filiżance. Naprawdę zaszalałem...
Trudno. Ale przynajmniej było treściwe. W drodze powrotnej, kupiłem bilet "open" na trasie Caye Caulker-San Pedro-Belize City. Tak było taniej.
Do hotelu po plecak, i o 10.30 odpływam do raju. Przynajmniej według opisów w internecie. ;)
1h i na miejscu. Jest słońce, są palmy, szczątkowe plaże. Nie ma samochodów, są meleksy. Jest super. Melduję się w hostelu, znów bez rezerwacji, bo dzień wcześniej, a nie dało się zmienić. I znów mam szczęście. Znajduje się łóżko. Ufff. Chociaż jako alternatywę brałem pod uwagę spanie w namiocie. Tylko problem byłby gdzie. Bo plaży nie ma na tej wyspie. Ale coś by się znalazło. ;)
Zostawiam plecak, i na rozpoznanie. Wyspę można obejść całą w godzinę. Jest jeszcze jej druga część, która powstała w wyniku przejścia huraganu, skutkiem czego, wąska grobla łącząca obie części, zniknęła. I powstał kanał. Na tej drugiej, jest raptem kilka hoteli, i głównie prywatne posiadłość. Dostać się tam można kajakiem, albo łodzią.
Zostawiam na później.
Główny deptak, to przeważnie restauracje, hotele, supermarkety i agencje turystyczne oferujące atrakcje wodne.
Na jednym końcu lotnisko, na drugim, plaża miejska... I tyle.
Pomiędzy węższymi brzegami upchnięte domki, elektrownia, i reszta knajp, hosteli i hoteli.
Mam tu klepnięte 4 noce. I kolejne 4 w Ambergris Caye. Chyba przesadziłem... ;)
Strasznie drogie miejsce na czytanie książki... ;)
Trzeba coś zjeść. W restauracjach ceny powalają. Ale znalazłem gdzieś wciśniętą między domami knajpę. Chef Juan's Kitchen. Zamówiłem krewetki w curry kokosowym. Niebo w gębie. Naprawdę, wróciła moja wiara w jedzenie... ;)
Najedzony, szczęśliwy wróciłem do hotelu, który jak się okazało był też domem dla jakichś 30 kotów. Taka Violetta Villas w Belize. Było by fajnie, gdyby wszytko nie śmierdziało kocim moczem....
Trudno. Było tanio. ;)
I są kajaki do bezpłatnego użytku. Super, bo normalna cena na wyspie to 40zł/h
Więc kąpielówki w kajak. Na drugą część wsypu. Jest fajnie, bo trochę wieje, a po 15 słońce już nie wypala szarych komórek...
Ale niestety jest inny problem. Po wpłynięciu w las namorzynowy, w ciągu sekundy, obsiadły mnie moskity. Myślałem że mnie zjedzą żywcem. Walka była zażarta, ewakuacja błyskawiczna, a ofiar u przeciwnika więcej niż ukraszeń u mnie. ;)
Godzinę później, "zaparkowałem" przy pomoście i taplałem się w ciepłych, turkusowych wodach morza Karaibskiego... Życie bywa piękne.. ;)
Dzień drugi to śniadanie z bananów, jogurtu i płatków kupionych wczoraj w sklepie, szlajanie się po wyspie, czytanie książki, pływanie, i rozpoznanie w ofertach na snurkowanie. Miałem przez chwilę chyry pomysł na nurkowanie. W Big Blue Hole. Czyli tej wizytówce Belize. Wielkiej dziurze w morzu, głębokiej na ponad 120m, otoczonej okrągłym atolem...
Nie ma patentu, ale wymyśliłem że się nie przyznam. Chciałem zejść tylko na 40m. Do miejsca w którym widać wielki stalaktyt, a dziura przybiera postać wielkiej jaskini.
Przygoda. Dekompresja, podwodny świat...
Niestety nie przeszło. Potrzebowali dowodu na kurs PADI. A ja nie miałem. Smutek.
Trzeba będzie lecieć do Tajlandii i zrobić. Nie wierzę że parogodzinny kurs, gdzieś na tajskiej wyspie, zmienia coś w podstawach nurkowania i jakość szczególnie poszerza wiedzę... ;)
Pewnie można to przyswoić w 15min, szybkiego kursu przed.. Jak kiedyś, w innym życiu nurkowałem w Morzu Czarny, żaden Ukrainiec nie pytał się o papiery. Dostałem butlę, maskę i instrukcję. Tu wciągasz, tu wydmuchujesz. ;)
Ale czasy się zmieniły, a ja nie popłynę na BBH. Szukałem też opcji na samo snurkowanie, ale wszyscy odradzali. Że tak naprawdę to niewiele można tam zobaczyć z powierzchni wody. Więc szkoda czasu i kasy (prawie 200$)...
Trochę rozgoryczony poszedłem, i wykupiłem klasyczne snurkowanie. W polecanej firmie...
Na domiar złego Chef Juan jest dzisiaj zamknięty... Znalazłem jakąś Panią, z wózkiem, i zjadłem ryż z fasolą i pulpetami. Trochę mdłe, ale ok. To kara za "chińską zupkę" ze spleśniałym czymś w środku.
Ale wieczorem trafiłem na inną knajpkę, i tym razem zaszalałem z krewetkami w sosie czosnkowym... ;)
Jestem na wyspie. Nie będę jadł kurczaka. ;)
Jeszcze tylko lody, i znów szczęśliwy idę spać.
Jutro pływanie.. ;)
A i jeszcze, jak widać na zdjęciach... Wyspy to nie tak do końca raj.. Ścieki do morza. prąd z trzech potężnych agregatów, napędzanych ropą, śmieci oczywiście też gdzieś w kąt. Chociaż trzeba przyznać że na "ulicach" czysto, a dzieci w szkole uczone są zbierania śmieci... Co nie zmienia faktu, że coś z nimi trzeba zrobić...















































Komentarze
Prześlij komentarz