Tierra del Fuego #TierraDelFuego #ZiemiaOgnista #Patagonia #Chile #Argentyna

Ruszam. Bez ciśnienia "czasowego", bo do Torres del Paine, mam jakieś 300km. Częściowo słynną Rutą 40.. ;) Chciałem przejechać ją na motorze, ale może być choćby kawałek samochodem. ;)
Dopłaciłem brakującą kaucję, szybkie zakupy w supermarkecie i w drogę.
Pogoda ładna, więc jedzie się przyjemnie. Gorzej z krajobrazem. Nic spektakularnego. Płasko, czasem jakieś pagórki.. I tak przez większość czasu. Aż do granicy. Lekkie rozczarowanie.
Ale za to w Chile zaczyna się fajnie... Widać już masyw Torre, ale jak to w Chile , szczyty toną w chmurach... Pogoda się "skiepściła". Jadę dalej z nadzieją że się poprawi. Ale do samej "bramy parku" bez zmian. Po drodze mnóstwo Gwanko, Nandu i owiec. Trzeba uważać by nie przejechać. Bo nic sobie nie robią z ogrodzenia i wyłażą na drogę.
Pytam strażników parkowych o pogodę. Nie zanosi się na poprawę przez najbliższe dni.. Podobno to najgorsza pogoda od kilku lat. W tym okresie zawsze było ładnie. Ale to Chile. Moja gehenna.
Z ciężkim sercem zawracam. Nie ma sensu płacić za bilet, tylko po to by nocować jedną noc w namiocie, gdy na głowę leje deszcz.
Zgarniam jeszcze autostopowiczkę, i jadę do Puerto Natales.
Chwilowa towarzyszka podróży to amerykanka, która uczy dzieciaki w Chile. Siedzi tu już 5lat.
Po godzinie, docieramy do miasteczka. Wysadzam dziewczynę, i idę poszukać jakiegoś noclegu i czegoś do jedzenia.
Udaje się znaleźć i jedno i drugie, choć z tym drugim nie było tak łatwo.
Nie wiem co to za jakieś dziwne upodobanie do restauracji.. W całym miasteczku, z jedną główną ulicą, i bez jakiegoś mocno zaznaczonego centrum, same restauracje. Drogie. Nie ma fastfoodów, tanich barów, knajpek.. Najtańsze jedzenie to 10$.. Ale coś jeść trzeba..
Do hostelu wracam o 21. Prysznic rano ;)

Punta Arenas - Miasto Pionierów
Dziś 250km. Więc luz. Jadę do Punta Arenas, tam nocleg. Jakoś nie mam ochoty by zapierniczać. Bo w sumie mogłem jechać od razu do portu i przebijać się na "Ziemię Ognistą".
Ale na spokojnie.
Startuję po śniadaniu, 10 rano. Kawałek za miastem zabieram autostopowicza. Przewodnika z Torres del Paine. Chilijczyk, ale o dziwo mówi po angielsku. Dzięki temu dowiedziałem się trochę na temat historii Punta Arenas, trochę o tym jak się żyje w Chile, i coś tam o polityce.
Klasyczna rozmowa  w podróży ;)
2,5h i jesteśmy na miejscu. Miałem szukać jakiejś miejscówki na namiot, ale zachęcony opowieściami przewodnika, wybrałem hostel i poszedłem połazić po mieście.
Muzeum historii, Magellan, Indianie, początki miasta.
To co mnie jakoś najbardziej raziło, to sprawa rdzennych mieszkańców.
Najpierw ich wymordowali w czystkach, a teraz traktują ich kulturę traktują jako wabik na turystów...
Smutne..
Po wizycie w muzeum, idę coś zjeść. Do rekomendowanych barów na targu rybnym.
Nie jest tak klimatyczny jak ten w Santiago, ale jedzenie jest ok. Zjadłem sporą porcję makaronu z owocami morza, do tego białe wino. Jestem zadowolony. Do momentu, gdy przyszło zapłacić. I na rachunku zobaczyłem doliczone 500 peso jako napiwek... Nie lubię takich akcji. Nie mam problemu z dawaniem napiwków, ale lubię decydować o tym sam.
Chrzanić to. Jest 17. Idę się jeszcze poszwendać po nadbrzeżu. Może będzie coś ładnego..
A potem do hostelu.

Tierra del Fuego...
Dziś jest plan dojechać do "końca ameryki"... Do Ushuaia.
Ale najpierw muszę dotrzeć na prom. Wybrałem przeprawę w innym miejscu niż Punta Arenas, bo jest taniej. Tyko muszę dojechać tam 150 km ;)
Pogoda przyjemna, droga równa, choć momentami ładnie się wije.
Po drodze jeden przystanek. W opuszczonej "Estancji".
Fajny klimat miejsca założonego ponad 150 lat temu. Jakiś wrak statku na brzegu, warsztat samochodowy, świetlica, i zagroda dla owiec. I jeszcze miejsce gdzie chyba strzygli, albo oprawiali owce, bo jak zajrzałem do środka, to zobaczyłem pełno skór, a w śród nich truchła i kości martwych owiec. Dziwne miejsce.
Jadę dalej. Dojeżdżam do promu, i mam szczęście. Akurat trwa załadunek. Więc wjeżdżam spokojnie na pokład i idę zapłacić za transport. Na szczęście można płacić walutą argentyńską, bo karty nie uznają..
Pół godziny później, i jestem na drugim brzegu. Na upragnionej "Ziemi ognistej" o której czytałem jak byłem gówniarzem... Fajne uczucie.. Niestety droga początkowo asfaltowa, zamieniła się w moją "ulubioną". I tak ostatnie 50 km do granicy jadę 20-30 km/h. Ale co tam. Ważne że bliżej do celu ;)
Na granicy zostałem przemytnikiem, świadomie przemycając kanapkę z salami i paprykę. Ale to moje racje żywnościowe, ostatnie jaki mi zostały do końca dnia.
Dotarłem do Rio Grande. Jest 17. Miasteczko mało ciekawe, więc robię tylko zakupy, i jadę dalej. Mam jeszcze 200 km, do Ushuaia. Teoretycznie 2h. Ale że słońce zachodzi, krajobraz się zmienia więc co chwila przystanek. No i jeszcze ganianie się z flamingami wokół jeziora. Bo nie chciały się "france" dać sfotografować z bliska... Niestety wygrały odlatując. ;) Potem jeszcze Guanko, Nandu i jakieś inne ptaszyska. A na koniec nocny górski OS ;) W deszczu :D
Do "ostatniego miasta Ameryki" dotarłem o 22.00. Nie było sensu szukać campingu. Znalazłem na bookingu jakiś hostel, i pojechałem licząc że będzie otwarty i będą miejsc. ;) Szczęście się uśmiechnęło, bo chwilę po tym jak się "zameldowałem" Pani poszła spać. Ja zresztą też.
Długi dzień za "kółkiem".

Osiołkowi...
Pobudka. Prysznic i w miasto. Wypić kawę na "końcu świata" i coś zjeść na śniadanie. Pierwsze się udało, drugie trochę mniej ;) Idę się zorientować jak wyglądają odwiedziny u pingwinów, bo wczoraj wyczytałem że wszytko wypływa o 9-9.30. A jest 10. Ale jest nadzieja. Na miejscu dostaję informację że jest jeszcze popołudniowy kurs. Ucieszony idę połazić i pomyśleć. Czy jest sens wydawać kasę, tylko po to by znów porobić zdjęcia z łodzi.
Zahaczam o informację turystyczną, i pytam czy jest jakaś szansa pochodzić po wyspie, gdzie jest kolonia pingwinów. I okazuje się że jest. Pędzę do biura. I tu dwie opcje. Można pojechać jeszcze dziś. W obie strony autokarem. Albo jutro, tam autokarem, powrót łodzią.
Chciałem jeszcze zobaczyć lwy morskie, no zawsze to fajniej przepłynąć się po kanale Beagle, niż oglądać go tylko z brzegu..
No cóż.. Trzeba zostać jeszcze jeden dzień w tym mało ciekawym mieście. Wracam i kupuję bilet.
A potem to już tylko wytracanie czasu. Na obiad moja ulubiona sałatka trzyskładnikowa i kurczak masala z torebki. Trzeba wykończyć jedzenie, bo przecież nie będę z tym wracał do kraju ;)
A wieczorem poszedłem jeszcze na drugi koniec miasta, posiedzieć nad brzegiem i pogapić się na kanał i góry po chilijskiej stronie...
Ładnie jest.

W świecie pingwinów i fart pogodowy...
Wstaję rano, pakuję przygotowane wczoraj kanapki, w mojej ulubionej wersji "bułka z salami", i ruszam do portu. O 8 wyjazd.
Odbieram identyfikator, i ładuję się do autobusu. Widać że robią niezłą kasę na wycieczkach, bo autobus nowy. Jak się później okazuje łódź też. 1.5h później docieramy do estancji, teraz już tylko turystycznej. Siku i na łódkę. 45 min. później wysiadamy na wyspie. Trochę wieje, ale słońce przebija się przez chmury, a pingwiny pozują do zdjęć bez żadnego problemu. Czyli jest fajnie ;) Półtorej godziny później, z głową bogatszą o odrobinę wiedzy na temat pingwinów wracamy na "ląd". Tam herbata, kakao, kawa i alternatywnie muzeum dla chętnych.
Po 45 min przerwy, wsiadamy na dużą łódź i i płyniemy do miasta. Po drodze zaliczając wyspę kormoranów, latarnię morską i lwy morskie. Te ostatnie niestety z daleka. Trochę mnie to wkurza,bo bardzo liczyłem na te zdjęcia. Ale wieje tak, że łodzią rzuca jak łupiną orzecha. Wiec odpuszczam uwagi... Dopływamy do brzegu, i tam dostajemy informacje że marynarka zamknęła kanał dla ruchu. Nic już dziś nie wypłynie. Współczuję tym którzy mieli w planach popołudniowy "trip". Nam się udało.
Wsiadam w samochód i żegnam się z Ushuaia. Nie było źle, mimo małego rozczarowania.
Chcę jeszcze spróbować dojechać do jednej koloni pingwinów. Tym razem królewskich. W Chile.
Powrotnie przemycam pomarańczę. Muszę uważać żeby mi to nie weszło w nawyk ;)
Do pingwinów docieram w nocy, o 21. Wstęp 20$ i czynne dopiero od 11.00. Chyba odpuszczę. Tym bardziej że nie mam gotówki, a na kartę nie mam co liczyć. Rozbija się z namiotem gdzieś nad brzegiem cieśniny Magellana, i zasypiam czując się jak pionierzy prawie 200 lat temu...

CDN..





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

8

Baloniki..

27