ARGENTYNA - SET DRUGI - Podsumowanie #ARGENTYNA #ACONCAGUA #MOUNTAIN #TREKKING #MENDOZA #AZAFRAN
Kolejny etap za mną.
Wróciłem do Mendozy. Lizać rany.
Wykończyło mnie to wejście. Chyba jednak trochę za szybko.
Rankiem smarkam krwią, stopy zachowują się jakby należały do kogoś innego, nogi bolą, a język sprawia wrażenie jak by był poparzony.
I skóra mi złazi z każdej odkrytej części ciała...
Ciężko jet. Gdyby mnie ktoś spytał jak wszedłem, odpowiem nie mam pojęcia.
Nie wiem skąd wziąłem tyle siły. Jakim cudem zdobyłem się na taką determinację by przeć do przodu. Mimo wszytko. Mimo bólu, braku oddechu, zwątpienia... To był naprawdę ogromny wysiłek. I nie mam pojęcia jakim cudem są ludzie którzy potrafią wbiec na szczyt w niecałe 8h. A cała trasa to niepełna 12h. Karl Egloff z Ekwadoru. Warto poczytać...
Ale to "nieludzie". A ja, prosty chłop ze wsi zrobiłem ile mogłem... Poza tym, nie robiłem tego dla rekordów. Robiłem to dla siebie. Dla własnej satysfakcji. Bo chciałem spróbować i się udało.
Miałem szczęście. Przede wszystkim do pogody. To była największa niewiadoma, i największe obawy. Temperatura na szczycie potrafi spaść do -40, a odczuwalna do -60. Gdy wiatr się rozpędza do 160km/h.. Wtedy nie ma szans na wejście. Zresztą wystarczył śnieg, deszcz, czy właśnie silny wiatr, i trzeba by wracać, albo czekać. A czekanie w takich warunkach, to żadna frajda..
Ale ja miałem farta. Pogoda była piękna, nawet ten "nocny" początek w dniu ataku, nie był taki zły.
Gdyby nie te cholerne skarpetki i "nieogrzewacze" było by całkiem ok.
Nie dopadła mnie choroba wysokościowa, która potrafi pokrzyżować plany nawet najlepiej przygotowanym wspinaczom.
Po raz kolejny poznałem co potrafi ludzki umysł i organizm. Jak dużo można osiągnąć nastawianiem, determinacją i myśleniem. Wystarczyło przecież tylko odpuścić. Poddać się w chwili zwątpienia. A miałem taki jeden kryzys. Tuż przed szczytem. co prawda to "tuż", to jeszcze 4h drogi, ale było źle. Siedziałem na kamieniu, próbując złapać oddech, i choć chwilę odpocząć. Słońce grzało przyjemnie, a ja mimo mojej najgrubszej kurtki, dwóch warstw bielizny i polara, telepałem się jak osika. I zerkając co chwila na innych, którzy mimo iż szli na szczyt, to sprawiali wrażenie że stoją w miejscu. Ale jednak nie. Nie odpuściłem. Za każdym razem wstawałem i szedłem dalej. Coraz dłuższe przystanki na oddech, coraz mniejsze kroki. Byle do przodu. Na szczycie radość ogromna. I ulga że to już. Że się udało. I łzy. Ze zmęczenia, gdy wszytko już odpuściło...
Ktoś mnie spytał czy warto.
Nie wiem. To pytanie indywidualne. Każdy odpowie na nie inaczej. Dla mnie warto. Dla satysfakcji, dla radości, dla adrenaliny i dla siebie. Żeby mieć wspomnienia. Inne niż fotel, piwo i Kiepscy w TV.
Tyle o mnie. Teraz o innych.
Na Aconcaguę tak naprawdę może wejść każdy. Myślę że jest to najłatwiej dostępny siedmiotysięcznik na świecie. Oczywiście nie znam innych, nigdy się nie wspinałem i nigdy nie byłem wyżej , czy też nawet na podobnej wysokości. W zeszłym roku, w himalajach marzyło mi się 6000. Bo ładnie brzmi. Ale to już spore koszta, przewodnik, lód i liny.
A tu..? Tu potrzeba szczęścia do pogody, kondycji, samozaparcia i kasy.
I to wystarczy, bo przecież i tak większość korzysta z agencji.
Płacisz - masz.
15dni, i masz zapewnione wszytko. Nie interesuje Cię nic.
Myślą za Ciebie, gotują, sprzątają, rozbijają i zwijają obóz. Masz do dyspozycji tragarza, co prawda jednego na trzy osoby, i może nieść tylko 20kg, ale jak bardzo chcesz to możesz wynająć osobistego. I wtedy to już naprawdę spacer po parku. Z butelką wody.
Do drugiej bazy cały sprzęt dostarczany jest na grzbietach mułów.
Nie wiem jakim cudem, te biedne zwierzaki nie łamią sobie nóg, bezlitośnie popędzane przez poganiaczy. W Himalajach , jaki przynajmniej idą normalnym tempem. Bo tam Sherpa, idzie obok, a nie jedzie na koniu.
Gdy już dotrzesz do bazy, to agencja się zatroszczy o wszelkie wygody. Łóżko, materac, zimne napoje i trzy posiłki dziennie. Bo na "wyposażeniu" jest kuchnia i zawodowy kucharz.
Twój przewodnik zrobi wszytko żebyś wszedł. Będzie Cię poił, karmił, a jak zajdzie potrzeba, nafaszeruje dragami. Bo najważniejsze jest zadowolenie klienta. Ten nie poleci agencji, jak nie wejdzie na szczyt. Nie ważne jakim kosztem. A niestety koszt może być nieodwracalny.
Gdy to piszę, dzień po moim powrocie do Mendozy, na szczycie zmarł Amerykanin. 56l. Razem z żoną chcieli zdobyć szczyt. On został na nim na zawsze.. Ku przestrodze...
Ale nie tylko o to mi chodziło...
Zastanawiam się gdzie jest satysfakcja. Gdzie rywalizacja, walka...
Co daje człowiekowi taka forma wejścia na szczyt..? Oprócz selfie..? Chyba nic. Oczywiście przy piwie wśród znajomych, będzie się chwalić "zdobyłem szczyt korony ziemi"... I nie ważne że został tam prawie wniesiony. Tym się nie ma co chwalić. Dla mnie to jak kastracja...
Pewnie niedługo wybudują tam schody ruchome... Albo zaczną transportować tych najbogatszych helikopterem. O ile nie na sam szczyt, to chociaż do bazy Berlin. A potem już tylko ciepłe gacie i butla z tlenem. I jestem niezwyciężony...
Teraz jeszcze kwestia organizacji. W infrastruktury i cen..
Płacisz za "wstęp" 1000$... Tylko za to że możesz. Nie dostajesz w tej kwocie tak naprawdę nic...
Nawet głupiej mapy, czy możliwości wypożyczenia GPS, radia. Kompletne zero. Nawet informacji odnośnie poszczególnych baz.
Idziesz sam, idziesz w niewiadomą. Wszytko podporządkowane komercji...
Jedyne co dostajesz na całej trasie, to dwa worki. Na śmieci i gówno. I oba musisz oddać, bo inaczej 100$ kary. Która pewnie i tak idzie do kieszeni strażników.
Absurdalne jest jeszcze to że worki są tak cienkie, że Jan Niezbędny to przy nich spasiona świnia.
Gdyby mogli, to konkurowali by z Durexem...
O ile przy śmieciach jeszcze jakoś można, to przy gównie już słabo. Przecież nikt nie będzie chował worka do plecaka.
Nie wspominając już o "wygodzie" korzystania z takiego ustrojstwa. Szczególnie jak wieje 100km/h.
Wynikiem tego, i tak wszyscy s..ą gdzie popadnie. żeby chociaż rękawiczki w pakiecie były. 10szt. jednorazówek. Można by się przemóc. Albo poczekać aż zamarznie. Ale to byłby już zbyt duży koszt.
"Indywidualni" są też zmuszeni do zapłacenia za korzystanie z toalet, i wywóz śmieci w bazie "Plaza del Mulas".
Mimo iż masz już shit-bag. Koszt 50$ za dzień. Banda złodziei...
Można to obejść. Przynajmniej mnie się udało, w czym dość mocno pomogła mi nieznajomość angielskiego przez strażników. Kolejny absurd. 75% turystów atakujących Aconcaguę to obcokrajowcy. A strażnik, który odpowiada za bezpieczeństwo tych właśnie turystów mówi tylko po hiszpańsku. Dobrze że przynajmniej lekarz jest "kontaktowy"...
Wracając do tematu.
W bazach nie ma nic. Woda dostępna jest tylko w pierwszej. W drugiej, albo płacisz 50$, albo musisz trochę poszukać, i czerpać ze strumienia. Kibla nie ma. Chyba że płacisz dodatkowo. Żadnych ławek, stolików, udogodnień. Nie masz gdzie położyć plecaka, chyba że masz szczęście i znajdziesz jakiś duży kamień, albo skupisko po czyimś obozowisku.
Nikt się Tobą nie interesuje, nikt nie sprawdza czy wszytko Ok, czy masz cały sprzęt potrzebny do wejścia.
Piwo w drugiej bazie kosztuje 50$ za litr.
Lomo de Biff, w wersji Completo to 23$, i 15$ za Colę. Kanapka super, naprawdę ogromna.
Wołowina, jajko, ser, frytki, szynka, cebula, pomidor, sałata... Wszytko co się dało, jest wciśnięte między dwa kawałki placka. Coli nie warto.
Można też kupić butelkę wina, ale nie pytałem ile. Tak samo z internetem.
Jest dostępny..
Będąc tam, cały czas porównywałem ten świat z Nepalczykami... I ich podejściem do turystów.
Baza noclegowa super. Jedzenie dostępne, i to w cenie totalnie innej niż tu.
Tam za ogromny talerz makaronu z sosem pomidorowy, serem i łososiem płacisz 10$, a 15$ w ostatniej bazie, na wysokości 5300m. To mniej więcej jak by tutaj, serwowali to w Nindo del Condores".
Ciepła woda, kibel, prąd. To wszystko dostępne.
W sezonie, penie nie trzeba zabierać ze sobą nawet śpiwora.
Bo w każdym schronisku jest ciepła kołdra i koc...
Dwa różne światy...
W nagrodę za wysiłek, postanowiłem zaszaleć.
Nie licząc się z utratą płynności finansowej, poszedłem do knajpy, którą znalazłem przed wyjściem w góry.
Knajpa zwie się AZAFRAN www.azafranresto.com.
Zamówiłem Chateaubriand steak, do tego kieliszek wina Beautiful Merlot i szklankę świeżego soku (błąd, sok kosztował tyle co wino, a był zdecydowanie gorszy... ;))
Na wstępie zostałem też poczęstowany szampanem z lokalnej winnicy. Ciekawe skąd wiedzieli że świętowałem ;)
W każdym razie, gdy jedzenie trafiło na stół, ja trafiłem do raju...
I być może to skutek jedzenia przez tydzień Liofilizatów, być może "poparzonego" języka, ale był to najlepszy kawałek mięsa jaki jadłem w życiu. Śmiem twierdzić, że przebił toskańską Fiorentinę.
A wino.. No cóż, sommelierem nie jestem. Ale jakoś jednak potrafię rozróżnić to dobre, od "cieńkusza".. A to było pyszne...
I taki szczęśliwy, najedzony wracam do hostelu.
Jutro Santiago de Chile...
Wróciłem do Mendozy. Lizać rany.
Wykończyło mnie to wejście. Chyba jednak trochę za szybko.
Rankiem smarkam krwią, stopy zachowują się jakby należały do kogoś innego, nogi bolą, a język sprawia wrażenie jak by był poparzony.
I skóra mi złazi z każdej odkrytej części ciała...
Ciężko jet. Gdyby mnie ktoś spytał jak wszedłem, odpowiem nie mam pojęcia.
Nie wiem skąd wziąłem tyle siły. Jakim cudem zdobyłem się na taką determinację by przeć do przodu. Mimo wszytko. Mimo bólu, braku oddechu, zwątpienia... To był naprawdę ogromny wysiłek. I nie mam pojęcia jakim cudem są ludzie którzy potrafią wbiec na szczyt w niecałe 8h. A cała trasa to niepełna 12h. Karl Egloff z Ekwadoru. Warto poczytać...
Ale to "nieludzie". A ja, prosty chłop ze wsi zrobiłem ile mogłem... Poza tym, nie robiłem tego dla rekordów. Robiłem to dla siebie. Dla własnej satysfakcji. Bo chciałem spróbować i się udało.
Miałem szczęście. Przede wszystkim do pogody. To była największa niewiadoma, i największe obawy. Temperatura na szczycie potrafi spaść do -40, a odczuwalna do -60. Gdy wiatr się rozpędza do 160km/h.. Wtedy nie ma szans na wejście. Zresztą wystarczył śnieg, deszcz, czy właśnie silny wiatr, i trzeba by wracać, albo czekać. A czekanie w takich warunkach, to żadna frajda..
Ale ja miałem farta. Pogoda była piękna, nawet ten "nocny" początek w dniu ataku, nie był taki zły.
Gdyby nie te cholerne skarpetki i "nieogrzewacze" było by całkiem ok.
Nie dopadła mnie choroba wysokościowa, która potrafi pokrzyżować plany nawet najlepiej przygotowanym wspinaczom.
Po raz kolejny poznałem co potrafi ludzki umysł i organizm. Jak dużo można osiągnąć nastawianiem, determinacją i myśleniem. Wystarczyło przecież tylko odpuścić. Poddać się w chwili zwątpienia. A miałem taki jeden kryzys. Tuż przed szczytem. co prawda to "tuż", to jeszcze 4h drogi, ale było źle. Siedziałem na kamieniu, próbując złapać oddech, i choć chwilę odpocząć. Słońce grzało przyjemnie, a ja mimo mojej najgrubszej kurtki, dwóch warstw bielizny i polara, telepałem się jak osika. I zerkając co chwila na innych, którzy mimo iż szli na szczyt, to sprawiali wrażenie że stoją w miejscu. Ale jednak nie. Nie odpuściłem. Za każdym razem wstawałem i szedłem dalej. Coraz dłuższe przystanki na oddech, coraz mniejsze kroki. Byle do przodu. Na szczycie radość ogromna. I ulga że to już. Że się udało. I łzy. Ze zmęczenia, gdy wszytko już odpuściło...
Ktoś mnie spytał czy warto.
Nie wiem. To pytanie indywidualne. Każdy odpowie na nie inaczej. Dla mnie warto. Dla satysfakcji, dla radości, dla adrenaliny i dla siebie. Żeby mieć wspomnienia. Inne niż fotel, piwo i Kiepscy w TV.
Tyle o mnie. Teraz o innych.
Na Aconcaguę tak naprawdę może wejść każdy. Myślę że jest to najłatwiej dostępny siedmiotysięcznik na świecie. Oczywiście nie znam innych, nigdy się nie wspinałem i nigdy nie byłem wyżej , czy też nawet na podobnej wysokości. W zeszłym roku, w himalajach marzyło mi się 6000. Bo ładnie brzmi. Ale to już spore koszta, przewodnik, lód i liny.
A tu..? Tu potrzeba szczęścia do pogody, kondycji, samozaparcia i kasy.
I to wystarczy, bo przecież i tak większość korzysta z agencji.
Płacisz - masz.
15dni, i masz zapewnione wszytko. Nie interesuje Cię nic.
Myślą za Ciebie, gotują, sprzątają, rozbijają i zwijają obóz. Masz do dyspozycji tragarza, co prawda jednego na trzy osoby, i może nieść tylko 20kg, ale jak bardzo chcesz to możesz wynająć osobistego. I wtedy to już naprawdę spacer po parku. Z butelką wody.
Do drugiej bazy cały sprzęt dostarczany jest na grzbietach mułów.
Nie wiem jakim cudem, te biedne zwierzaki nie łamią sobie nóg, bezlitośnie popędzane przez poganiaczy. W Himalajach , jaki przynajmniej idą normalnym tempem. Bo tam Sherpa, idzie obok, a nie jedzie na koniu.
Gdy już dotrzesz do bazy, to agencja się zatroszczy o wszelkie wygody. Łóżko, materac, zimne napoje i trzy posiłki dziennie. Bo na "wyposażeniu" jest kuchnia i zawodowy kucharz.
Twój przewodnik zrobi wszytko żebyś wszedł. Będzie Cię poił, karmił, a jak zajdzie potrzeba, nafaszeruje dragami. Bo najważniejsze jest zadowolenie klienta. Ten nie poleci agencji, jak nie wejdzie na szczyt. Nie ważne jakim kosztem. A niestety koszt może być nieodwracalny.
Gdy to piszę, dzień po moim powrocie do Mendozy, na szczycie zmarł Amerykanin. 56l. Razem z żoną chcieli zdobyć szczyt. On został na nim na zawsze.. Ku przestrodze...
Ale nie tylko o to mi chodziło...
Zastanawiam się gdzie jest satysfakcja. Gdzie rywalizacja, walka...
Co daje człowiekowi taka forma wejścia na szczyt..? Oprócz selfie..? Chyba nic. Oczywiście przy piwie wśród znajomych, będzie się chwalić "zdobyłem szczyt korony ziemi"... I nie ważne że został tam prawie wniesiony. Tym się nie ma co chwalić. Dla mnie to jak kastracja...
Pewnie niedługo wybudują tam schody ruchome... Albo zaczną transportować tych najbogatszych helikopterem. O ile nie na sam szczyt, to chociaż do bazy Berlin. A potem już tylko ciepłe gacie i butla z tlenem. I jestem niezwyciężony...
Teraz jeszcze kwestia organizacji. W infrastruktury i cen..
Płacisz za "wstęp" 1000$... Tylko za to że możesz. Nie dostajesz w tej kwocie tak naprawdę nic...
Nawet głupiej mapy, czy możliwości wypożyczenia GPS, radia. Kompletne zero. Nawet informacji odnośnie poszczególnych baz.
Idziesz sam, idziesz w niewiadomą. Wszytko podporządkowane komercji...
Jedyne co dostajesz na całej trasie, to dwa worki. Na śmieci i gówno. I oba musisz oddać, bo inaczej 100$ kary. Która pewnie i tak idzie do kieszeni strażników.
Absurdalne jest jeszcze to że worki są tak cienkie, że Jan Niezbędny to przy nich spasiona świnia.
Gdyby mogli, to konkurowali by z Durexem...
O ile przy śmieciach jeszcze jakoś można, to przy gównie już słabo. Przecież nikt nie będzie chował worka do plecaka.
Nie wspominając już o "wygodzie" korzystania z takiego ustrojstwa. Szczególnie jak wieje 100km/h.
Wynikiem tego, i tak wszyscy s..ą gdzie popadnie. żeby chociaż rękawiczki w pakiecie były. 10szt. jednorazówek. Można by się przemóc. Albo poczekać aż zamarznie. Ale to byłby już zbyt duży koszt.
"Indywidualni" są też zmuszeni do zapłacenia za korzystanie z toalet, i wywóz śmieci w bazie "Plaza del Mulas".
Mimo iż masz już shit-bag. Koszt 50$ za dzień. Banda złodziei...
Można to obejść. Przynajmniej mnie się udało, w czym dość mocno pomogła mi nieznajomość angielskiego przez strażników. Kolejny absurd. 75% turystów atakujących Aconcaguę to obcokrajowcy. A strażnik, który odpowiada za bezpieczeństwo tych właśnie turystów mówi tylko po hiszpańsku. Dobrze że przynajmniej lekarz jest "kontaktowy"...
Wracając do tematu.
W bazach nie ma nic. Woda dostępna jest tylko w pierwszej. W drugiej, albo płacisz 50$, albo musisz trochę poszukać, i czerpać ze strumienia. Kibla nie ma. Chyba że płacisz dodatkowo. Żadnych ławek, stolików, udogodnień. Nie masz gdzie położyć plecaka, chyba że masz szczęście i znajdziesz jakiś duży kamień, albo skupisko po czyimś obozowisku.
Nikt się Tobą nie interesuje, nikt nie sprawdza czy wszytko Ok, czy masz cały sprzęt potrzebny do wejścia.
Piwo w drugiej bazie kosztuje 50$ za litr.
Lomo de Biff, w wersji Completo to 23$, i 15$ za Colę. Kanapka super, naprawdę ogromna.
Wołowina, jajko, ser, frytki, szynka, cebula, pomidor, sałata... Wszytko co się dało, jest wciśnięte między dwa kawałki placka. Coli nie warto.
Można też kupić butelkę wina, ale nie pytałem ile. Tak samo z internetem.
Jest dostępny..
Będąc tam, cały czas porównywałem ten świat z Nepalczykami... I ich podejściem do turystów.
Baza noclegowa super. Jedzenie dostępne, i to w cenie totalnie innej niż tu.
Tam za ogromny talerz makaronu z sosem pomidorowy, serem i łososiem płacisz 10$, a 15$ w ostatniej bazie, na wysokości 5300m. To mniej więcej jak by tutaj, serwowali to w Nindo del Condores".
Ciepła woda, kibel, prąd. To wszystko dostępne.
W sezonie, penie nie trzeba zabierać ze sobą nawet śpiwora.
Bo w każdym schronisku jest ciepła kołdra i koc...
Dwa różne światy...
W nagrodę za wysiłek, postanowiłem zaszaleć.
Nie licząc się z utratą płynności finansowej, poszedłem do knajpy, którą znalazłem przed wyjściem w góry.
Knajpa zwie się AZAFRAN www.azafranresto.com.
Zamówiłem Chateaubriand steak, do tego kieliszek wina Beautiful Merlot i szklankę świeżego soku (błąd, sok kosztował tyle co wino, a był zdecydowanie gorszy... ;))
Na wstępie zostałem też poczęstowany szampanem z lokalnej winnicy. Ciekawe skąd wiedzieli że świętowałem ;)
W każdym razie, gdy jedzenie trafiło na stół, ja trafiłem do raju...
I być może to skutek jedzenia przez tydzień Liofilizatów, być może "poparzonego" języka, ale był to najlepszy kawałek mięsa jaki jadłem w życiu. Śmiem twierdzić, że przebił toskańską Fiorentinę.
A wino.. No cóż, sommelierem nie jestem. Ale jakoś jednak potrafię rozróżnić to dobre, od "cieńkusza".. A to było pyszne...
I taki szczęśliwy, najedzony wracam do hostelu.
Jutro Santiago de Chile...
Komentarze
Prześlij komentarz