Promyk słońca...
Mekka wspinaczy… Fitz Roy.
Wjeżdżając do miasta wita mnie piękny widok masywu Fitz Roy, skopany w popołudniowym słońcu.
Tylko szkoda że z okna autobusu.
Znajduję hostel, wcześniej zarezerwowany na Boookingu, zostawiam plecak i idę w miasto. Pogoda piękna, choć wieje jak diabli. Miasteczko malutkie, jedna główna droga, mnóstwo knajp, hoteli o różnym standardzie, szkoła.
Widać że wszytko nastawione na dojenie turystów. Ceny wysokie, zarówno za jedzenie, jak i za noclegi. Ale to nic.
Mam zamiar zostać tu tylko jedną noc, a jutro wyruszyć w góry. Na szlak.
Dziś na obiad spaghetti, a na kolację bułki.
Niestety ku mojemu przerażeniu, pogoda się psuje. Nad górami pojawiają się chmury, wieje coraz mocniej. Ciężko jest dojść pod wiatr do sklepu, a co dopiero wyjść z plecakiem na szlak. Sprawdzam pogodę, i niestety niefart. Jutro ma padać, i być pochmurno. Mam nadzieję że się mylą..
Gorący prysznic i spać..
W nocy miałem wrażenie że wyrwie drzwi i okno. Tak wiało.
Niestety pogodynka się nie pomyliła, i pogoda się nie poprawiła, Szczyty w chmurach, czasem gdzieś przebije się słońce. Ale o fajnych zdjęciach można zapomnieć.
Zostaję w hostelu, i wytracam czas. Do wieczora, bo o 19, idę na szlak. Do najbliższej laguny. Może uda się złapać zachód słońca. Nie udało się. Trzeba by było tam przyjść o wschodzie. Może wstanę o 5 rano.. Ale i tak jest pięknie, i z dwa zdjęcia udało się zrobić.
Po drodze, już na parkingu zauważam na jednym z samochodów ogłoszenie „szukam drugiego kierowcy”. Zaciekawiony przeczytałem. Jakiś koleś ze Szwajcarii szukał współkierowcy. Niski budżet, spokojne tępo, trasa do Kolumbii. Zaświeciły mi się oczy. To by mogła być niezła przygoda. Ale niestety musiałem odpuścić. Angielski słaby, czasu też nie za dużo. No i lubię podróżować sam. Miesiąc z gościem którego nie znasz, prawie 24h na dobę to jak dla mnie trochę za dużo. Będę żałował.
Wracam do hostelu. Do spania.
Oprócz „kierowcy”, żałowałem trochę że nie przeczekałem pogody rano i nie poszedłem na szlak od razu z plecakiem i namiotem. Mógłbym spokojnie nocować na kempingu, a rano wyjść z namiotu i pstryknąć fotę. No ale stało się, jak się stało.
Rano zignorowałem budzik. Nie chciał mi się Po raz pierwszy od początku wyprawy… Będę żałował, bo wschód wyglądał bardzo ładnie. Przynajmniej z okna.
Wstałem o 8, przepakowałem plecak, zostawiłem niepotrzebne graty na „przechowniu” i po śniadaniu poszedłem na szlak.
Myślałem że mam lepszą kondycję. Widać mięśnie zapomniały co do chodzenie, przez te wszystkie godziny wysiedziane w autobusie.
Ale i tak nie było dramatu, patrząc na mijanych „turystów”.
Dotarłem do pierwszego kempingu, ale na mapie był jeden kawałek dalej, więc idę. Niestety okazało się że nie można się tam rozbić. to jedynie wiata i miejsce odpoczynku, przed ostatnim etapem szlaku i ostrym podejściem po kamieniach.
Trudno. Nie chce mi się wracać. Podejście męczące, stosunkowo ciężkie, jak na 20kg na plecach. Ale po dotarciu na szczyt, widok na Lagunę Les Torres przepiękny. Szczyty Fitz Roya, co chwilę nikną w chmurach, ale to dodaje tylko malowniczości.. I magii.. Siedziałem tak z godzinę, i gapiłem się na góry… Szkoda trochę że słońce tak szybko skryło się za chmurami…
Wracam. Pierwotny plan by się rozbić na mijanym kempingu, zastąpiła nowsza wersja. Idę do Laguna Capri, i tam nocuję. Może przy odrobinie szczęścia, uda się złapać wschód słońca.
2h później jestem na miejscu. Rozbijam namiot, Woda z jeziora i na obiado-kolację Makaron w sosie śmietankowym z kurczakiem i szpinakiem. Nie był zły, Na pewno lepszy niż risotto bo bałkańsku ;)
Jeszcze chwila z książką, i spać.
O 5rano obudził mnie deszcz. To by było tyle, jeżeli chodzi o wschód słońca.
O 8 zjadłem śniadanie (muesli z figami i jagodami) i czekam aż się rozpogodzi. Albo chociaż przestanie padać, a zacznie wiać. Żeby wysuszyło namiot. Nie przestało. Wiatr też nie zaczął wiać. Nie pozostaje nic innego jak zwinąć się w deszczu. Nie chce mi się siedzieć cały dzień w namiocie. Rozważałem jeszcze opcję zostawienia samego namiotu, ale nie chciało mi się po niego wracać, a pogoda nie zapowiadała poprawy.
Po 45min. marszobiegu, docieram do miasteczka. Zatrzymuję się w innym hostelu, o połowę tańszym. Choć nie tak fajnym jak mój poprzedni. Ale co tam. Może pójdę coś zjeść za zaoszczędzoną kasę ;)
Ale najpierw odzyskać rzeczy, potem kawa i zakup biletu na autobus. Jutro rano El Calafate. I lodowiec Perito Moreno...
Komentarze
Prześlij komentarz