Niefart..
Z El Chalten wyjeżdżam w deszczu. Na terminal docieram lekko mokry, chwila czekania i jest autobus. Bagaż do luku, miejsce dowolne, ale przy oknie (choć nie wiem po co), jeszcze tylko "śniadanie" przygotowane wczoraj w hostelu i można jechać.
Za oknem nic nie widać. Wszytko w chmurach, szare i ponure. Jakże inne od widoków z przed trzech dni, już nie mówiąc o trasie Salta-Atacama... Szkoda. Nie pozostaje nic innego jak iść spać.
Po 4h godzinach jady, docieram do El Calafate. Deszcz nie przestaje padać, więc po raz drugi dzisiejszego dnia jestem mokry. tym razem z butami. Hostel fajny, z pięknym widokiem na jezioro i góry, które przebijają się przez chmury... Zostawiam rzeczy, chwila czekania i sprawdzania pogody na wszelkich możliwych stronach. Niestety nie wieje optymizmem. Przy odrobinie szczęścia, pojutrze ma byś słonecznie. Jedyny dzień który się potwierdza na różnych stronach.
Podłamany idę do centum. Zorientować się, jak wygląda sprawa z samochodem, i wykupić trekking po lodowcu, i znaleść nocleg na jutro. Bo tu nie ma miejsca. W jednej wypożyczalni nie ma wolnych samochodów,druga zamknięta. W czterech znalezionych hostelach, miejsc brak, w kolejnych kilku, na drzwiach kartka Full. Ostatnia nadzieja na sukces, to trekking. Niestety i ti niefart. Najbliższy wolny termin dopiero za 4-5dni. I nic się nie da zrobić, bo w każdym biurze to samo. Okazuje się, że "Big Ice", obsługuje tylko jedna agencja, mimo iż w ofercie ma go prawie każde biuro.
Załamka... Odechciewa się wszystkiego.
Jest 16. Wracam do wypożyczalni, bo powinni już otworzyć.
Otworzyli 15 min póżniej. Pytam o samochód. Nie ma problemu jest. I można do Chile.
Promyk nadziei. Muszę to przekalkulować. Wracam do hostelu, po drodze zakupy na kolację i jutrzejsze śniadanie, i jeszcze próba znalezienia hostelu. Żeby nie trzeba było błagać o miejsce na podłodze. Udaje się znaleść jakiś dziwny hostel, który chyba nie istnieje na Booking'u, i tylko dla tego ma wole miejsca...
Rezerwuję od jutra, i wracam do "siebie".
Kolacja, książka i spać.
Całą noc lało.
Nad ranem też zresztą. Na szczęście o 9 przestało, więc zbieram graty i zmieniam noclegownię.
W nowej zostawiam plecak, i idę popytać czy coś się nie zwolniło na trekking. Mam też chytry plan - skoro mają ograniczoną liczbę miejsc w samochodzie, to mogę dojechać na miejsce "zbiórki" sam, byle mnie tylko zabrali na lodowiec. Przedstawiam pomysł panu, a przy okazji dowiaduję się że czeka na potwierdzenie rezerwacji od dwóch osób. Będzie wiadomo o 12. No to idę załatwiać samochód. Jeszcze tylko wypłata kasy na kaucję. A tu niespodzianka. Nie mogę wypłacić całej potrzebnej kwoty, bo przekroczyłem limit. A przecież ja nie mam limitu.. Nie wiem o co chodzi. Sprawdzam w hotelu, ale nic nie widzę, o jakimś limicie. Diabli widzą o co chodzi.
Idę do wypożyczalni. Może się uda dogadać, że brakującą kwotę doniosę jutro.
Udało się. Pani była wyrozumiała. Papiery załatwione, auto do odbioru o 19.
Wracam do agencji. Nikt nie zrezygnował. I nie ma możliwości dołączyć do grupy,
Nie pomogły błagania i tłumaczenia że muszę.
Trzeba zmienić plany. Po raz kolejny w ciągu ostatnich dni.
Jestem już tym zmęczony.
Wykupuję ostatnie miejsce na niedzielę. Za tydzień. Bo na sobotę nie było już wolnych miejsc.
Teraz nie pozostaje nic innego jak tylko się modlić by pogoda była łaskawa.
Jako iż bankomat mnie zrobił w konia, to jestem bez gotówki. A wszędzie poustalane się limity płatności kartą od jakiejś kwoty, Z reguły wysokie. Trudno. Będę głodował ;)
Wracam do hostelu, zjadam bułki i salami jakie mi zostało z wczoraj, i wytracam czas czekając na 19.
O 19 odbieram auto. I tu niespodzianka. Chevrolet Classic. Ale tym razem w kolorze białym.
Mina mi trochę zrzedła, ale trudno. I tak nie mam innej opcji. Sprawdzam, wsiadam i do hostelu.
Udało się jeszcze kupić coś na kolację. ;)
Idę spać. Jutro zaczynam zwiedzanie "interioru" własnym transportem...
Za oknem nic nie widać. Wszytko w chmurach, szare i ponure. Jakże inne od widoków z przed trzech dni, już nie mówiąc o trasie Salta-Atacama... Szkoda. Nie pozostaje nic innego jak iść spać.
Po 4h godzinach jady, docieram do El Calafate. Deszcz nie przestaje padać, więc po raz drugi dzisiejszego dnia jestem mokry. tym razem z butami. Hostel fajny, z pięknym widokiem na jezioro i góry, które przebijają się przez chmury... Zostawiam rzeczy, chwila czekania i sprawdzania pogody na wszelkich możliwych stronach. Niestety nie wieje optymizmem. Przy odrobinie szczęścia, pojutrze ma byś słonecznie. Jedyny dzień który się potwierdza na różnych stronach.
Podłamany idę do centum. Zorientować się, jak wygląda sprawa z samochodem, i wykupić trekking po lodowcu, i znaleść nocleg na jutro. Bo tu nie ma miejsca. W jednej wypożyczalni nie ma wolnych samochodów,druga zamknięta. W czterech znalezionych hostelach, miejsc brak, w kolejnych kilku, na drzwiach kartka Full. Ostatnia nadzieja na sukces, to trekking. Niestety i ti niefart. Najbliższy wolny termin dopiero za 4-5dni. I nic się nie da zrobić, bo w każdym biurze to samo. Okazuje się, że "Big Ice", obsługuje tylko jedna agencja, mimo iż w ofercie ma go prawie każde biuro.
Załamka... Odechciewa się wszystkiego.
Jest 16. Wracam do wypożyczalni, bo powinni już otworzyć.
Otworzyli 15 min póżniej. Pytam o samochód. Nie ma problemu jest. I można do Chile.
Promyk nadziei. Muszę to przekalkulować. Wracam do hostelu, po drodze zakupy na kolację i jutrzejsze śniadanie, i jeszcze próba znalezienia hostelu. Żeby nie trzeba było błagać o miejsce na podłodze. Udaje się znaleść jakiś dziwny hostel, który chyba nie istnieje na Booking'u, i tylko dla tego ma wole miejsca...
Rezerwuję od jutra, i wracam do "siebie".
Kolacja, książka i spać.
Całą noc lało.
Nad ranem też zresztą. Na szczęście o 9 przestało, więc zbieram graty i zmieniam noclegownię.
W nowej zostawiam plecak, i idę popytać czy coś się nie zwolniło na trekking. Mam też chytry plan - skoro mają ograniczoną liczbę miejsc w samochodzie, to mogę dojechać na miejsce "zbiórki" sam, byle mnie tylko zabrali na lodowiec. Przedstawiam pomysł panu, a przy okazji dowiaduję się że czeka na potwierdzenie rezerwacji od dwóch osób. Będzie wiadomo o 12. No to idę załatwiać samochód. Jeszcze tylko wypłata kasy na kaucję. A tu niespodzianka. Nie mogę wypłacić całej potrzebnej kwoty, bo przekroczyłem limit. A przecież ja nie mam limitu.. Nie wiem o co chodzi. Sprawdzam w hotelu, ale nic nie widzę, o jakimś limicie. Diabli widzą o co chodzi.
Idę do wypożyczalni. Może się uda dogadać, że brakującą kwotę doniosę jutro.
Udało się. Pani była wyrozumiała. Papiery załatwione, auto do odbioru o 19.
Wracam do agencji. Nikt nie zrezygnował. I nie ma możliwości dołączyć do grupy,
Nie pomogły błagania i tłumaczenia że muszę.
Trzeba zmienić plany. Po raz kolejny w ciągu ostatnich dni.
Jestem już tym zmęczony.
Wykupuję ostatnie miejsce na niedzielę. Za tydzień. Bo na sobotę nie było już wolnych miejsc.
Teraz nie pozostaje nic innego jak tylko się modlić by pogoda była łaskawa.
Jako iż bankomat mnie zrobił w konia, to jestem bez gotówki. A wszędzie poustalane się limity płatności kartą od jakiejś kwoty, Z reguły wysokie. Trudno. Będę głodował ;)
Wracam do hostelu, zjadam bułki i salami jakie mi zostało z wczoraj, i wytracam czas czekając na 19.
O 19 odbieram auto. I tu niespodzianka. Chevrolet Classic. Ale tym razem w kolorze białym.
Mina mi trochę zrzedła, ale trudno. I tak nie mam innej opcji. Sprawdzam, wsiadam i do hostelu.
Udało się jeszcze kupić coś na kolację. ;)
Idę spać. Jutro zaczynam zwiedzanie "interioru" własnym transportem...
Komentarze
Prześlij komentarz