Ch..e Chile...
Wylądowałem w Chile. Po 9h jazdy autobusem przez Andy.. Strasznie dużo się traci, podróżując komunikacją zbiorową..
Widoki i sama trasa super. Droga tak kręta, tak wijąca i stroma, że aż żal że to nie motor, albo resorak. Choć sama nawierzchnia ciut słaba, bo z betonowa.. Ale i tak jest pięknie.
Do hostelu dotarłem już metrem. Jakoś się udało kupić bilet i nie pobłądzić.
Na miejscu miła niespodzianka. W cenie pokoju wieloosobowego dostałem apartament...
Miło. Wielkie łóżko, świeże ręczniki, wanna...
Luksus. Po tygodniu spania w namiocie, może się poprzewracać w dupie..
Zostawiam rzeczy, i idę poszukać czegoś do jedzenia... Niestety jest już 22, wszytko pozamykane. W nielicznych otwartych knajpach siedzą lokalsi i oglądają mecz.. Ceny z kosmosu.
Kupiłem jakieś frytki i empanadę z wózka supermarketowego. Taka forma przenośnej kuchni.
Wózek, butla z gazem, i wok z olejem.
Wróciłem do hostelu i spać..
Jutro eksploatacja...
Pierwsze wrażenie jakieś takie niejakie. Ciężko odnaleźć klimat tego miasta.
Wykupiłem trzy noce, i po 30min. łażenie, żałuję.
Zasugerowałem się jakimś blogiem, pisanym przez dziewczynę mieszkającą w Chile.
Błąd. Nie można ufać takim pańciom...
Nie ma tu nic. No może po za kilkoma kawiarniami. Fajny klimat, gdzie we wewnątrz dość sporej przestrzeni, obłożonej lustrami wije się lada, a pomiędzy jej zakrętami są stanowiska z ekspresami do kawy.
Płacisz w kasie przy wejściu, i z kwitkiem podchodzisz do "lady", podajesz kelnerce kwitek i czekasz na kawę. Żadnych stolików, krzesełek, ławek. Włoski styl picia kawy, w większej skali. Panie kelnerki chodzą między "floresami" na podwyższeniu, tak że klienci maja biust na wysokości twarzy. A że Argentynki/Chilijki zostały obdarzone hojnie. No cóż.. Fajnie jak trafisz na młodą ;)
Abstrahując od "Cycków", sama idea bardzo fajna... I na tym koniec.
Jest jeszcze wzgórze, a nawet dwa z panoramą na miasto. Jedno to pozostałości warowni, drugie to spora góra, prawie w centrum miasta. NA pierwszą wlazłem, nic ciekawego, a widok nieszczególny. Z drugą czekałem na fajną pogodę, ale nie było mi dane. Dopiero jak wyjeżdżałem, wieczorne niebo nabrało kolorytu i malowniczości. Ale to już za późno...
A, jest jeszcze targ rybny. W sumie to najfajniejsza rzecz w SdC. Niewielka cześć to rzeczywiście sprzedawcy ryb i wszelkiej maści morskich smakołyków. Reszta to knajpy, restauracje i bary. I masa turystów.
Niestety. Ale i tak klimat miejsca super. Nawet w Azji takiego nie widziałem.
No i to jedzenie. Pierwszego dnia zamówiłem zupę z "owoców morza"... I kieliszek białego wina.
W życiu nie widziałem takich muli, i nie jadłem tak pysznej zupy. Za rybną nie przepadam, ale to było mistrzostwo.
Nie wiem co w niej pływało jeszcze, oprócz muli, krewetek, kalmarów, kraba. Były jeszcze jakieś inne skorupiaki, których nie znam.. Ale radość z jedzenia ogromna.
Przyćmiła pamięć o próbie kradzieży aparatu i Kindla, chwilę wcześniej.
Zagrywka na "srającego ptaka". Zatrzymałem się na chwilę, bo chciałem zrobić zdjęcie. Zmieniłem obiektyw, i wtedy poczułem na plecach, jak by mnie osrał ptak.
Próbowałem sprawdzić jak mocno dostałem, ale ciężko zerknąć na plecy.
Podeszła jakaś pani, zaczęła wycierać chusteczką, drugą podał mnie. Chciałem zdjąć koszulkę, nie bardzo mając jak. Pani usilnie namawiała żebym położył aparat na ławce. Szczęściem zachowałem resztki rozsądku. Powiesiłem na szyi, a do Pani dołączył pan. Tylko nie wiedzieć czemu zaczął mnie wycierać z przodu.
Prawie im się udało wyciągnąć mi z kieszeni Kindla. Spłoszyła ich babka , którą chciałem chwilę wcześniej sfotografować... A ptasie gówno, to trochę wody i błota...
Gówniano wita mnie chile.
Połaziłem jeszcze trochę po mieście, trafiłem na stary dworzec kolejowy, przerobiony na centrum wystawowe, szukałem jakiegoś supermarketu żeby kupić wodę i coś do zjedzenia (jest jeden, a kolejki jak diabli) i wróciłem do hostelu.
Rano znów na miasto. I znów łażenie bez sensu i celu. Muzeum historii Chile (mało ciekawe, i wszystko po hiszpańsku), owoce i wrzywa na obiad na targu, kawa.. Nic szczególnego. Zmarnowany dzień. Dobrze że się udało kupić bilet do Pucon.
Jutro znów dzień na "wytracenie" autobus nocny, startuje dopiero o 21.45.
Rano okazało się że nie mam już wykupionego śniadania, więc dojadłem wczorajszą sałatkę, i poszedłem się szlajać. Skończyło się to kradzieżą telefonu. Tego od map i whatsApp'a..
Kutasy. Najgorsze że nie wiem nawet kiedy. A widziałem jak gość ukradł portfel parze turystów, która płaciła za owoce na ulicy.
Wkurw. Nie mój telefon, gps mocno przydatny szlag trafił. I do tego dałem się okraść. Chujnia.
Wróciłem wściekły do hotelu, i czekałem na autobus.
20.00 Wychodzę. Mierzi mnie już to czekanie.
Metro, i jestem na stacji.
Tu kolejne czekanie, wkurw bo słońce pięknie zachodzi oświetlając Andy, a ja wyjeżdżam. Wstałem na chwilę żeby rozprostować nogi i sprawdzić czy mój autobus podjechał.
W tym momencie podchodzi jakiś koleś i pyta o coś po hiszpańsku. Tłumaczę że nie rozumiem, a ten swoje. Odwracam się i widzę, jak od moich rzeczy odchodzi inny koleś. Butelka z wodą przewrócona, a plecak z aparatem leży na ziemi, a nie ławce. Trzeci raz. Kurwicy można dostać.
Na szczęście zadziałało zapięcie. Namierzyłem palantów, ale nie zostało mi nic innego jak ich opierdolić. Bo bić się z trzema debilami to trochę nie bardzo, a poza tym co z plecakami..
Nawet na policję nie było jak zadzwonić, bo autobus podjechał.
Wściekły z bezsilności wsiadłem do autobusu. W dupie mam Santiago de Chile. Nie lubię tego miasta.
Ogólnie dochodzę do wniosku że odwiedzanie miast w Ameryce południowej nie ma sensu.
Szkoda czasu. Tak samo jak podróżowanie autobusem.. Tu trzeba mieć własny środek transportu..
Inaczej za dużo się traci. Czasu, kasy i doznań..
Chrzanić to.
Widoki i sama trasa super. Droga tak kręta, tak wijąca i stroma, że aż żal że to nie motor, albo resorak. Choć sama nawierzchnia ciut słaba, bo z betonowa.. Ale i tak jest pięknie.
Do hostelu dotarłem już metrem. Jakoś się udało kupić bilet i nie pobłądzić.
Na miejscu miła niespodzianka. W cenie pokoju wieloosobowego dostałem apartament...
Miło. Wielkie łóżko, świeże ręczniki, wanna...
Luksus. Po tygodniu spania w namiocie, może się poprzewracać w dupie..
Zostawiam rzeczy, i idę poszukać czegoś do jedzenia... Niestety jest już 22, wszytko pozamykane. W nielicznych otwartych knajpach siedzą lokalsi i oglądają mecz.. Ceny z kosmosu.
Kupiłem jakieś frytki i empanadę z wózka supermarketowego. Taka forma przenośnej kuchni.
Wózek, butla z gazem, i wok z olejem.
Wróciłem do hostelu i spać..
Jutro eksploatacja...
Pierwsze wrażenie jakieś takie niejakie. Ciężko odnaleźć klimat tego miasta.
Wykupiłem trzy noce, i po 30min. łażenie, żałuję.
Zasugerowałem się jakimś blogiem, pisanym przez dziewczynę mieszkającą w Chile.
Błąd. Nie można ufać takim pańciom...
Nie ma tu nic. No może po za kilkoma kawiarniami. Fajny klimat, gdzie we wewnątrz dość sporej przestrzeni, obłożonej lustrami wije się lada, a pomiędzy jej zakrętami są stanowiska z ekspresami do kawy.
Płacisz w kasie przy wejściu, i z kwitkiem podchodzisz do "lady", podajesz kelnerce kwitek i czekasz na kawę. Żadnych stolików, krzesełek, ławek. Włoski styl picia kawy, w większej skali. Panie kelnerki chodzą między "floresami" na podwyższeniu, tak że klienci maja biust na wysokości twarzy. A że Argentynki/Chilijki zostały obdarzone hojnie. No cóż.. Fajnie jak trafisz na młodą ;)
Abstrahując od "Cycków", sama idea bardzo fajna... I na tym koniec.
Jest jeszcze wzgórze, a nawet dwa z panoramą na miasto. Jedno to pozostałości warowni, drugie to spora góra, prawie w centrum miasta. NA pierwszą wlazłem, nic ciekawego, a widok nieszczególny. Z drugą czekałem na fajną pogodę, ale nie było mi dane. Dopiero jak wyjeżdżałem, wieczorne niebo nabrało kolorytu i malowniczości. Ale to już za późno...
A, jest jeszcze targ rybny. W sumie to najfajniejsza rzecz w SdC. Niewielka cześć to rzeczywiście sprzedawcy ryb i wszelkiej maści morskich smakołyków. Reszta to knajpy, restauracje i bary. I masa turystów.
Niestety. Ale i tak klimat miejsca super. Nawet w Azji takiego nie widziałem.
No i to jedzenie. Pierwszego dnia zamówiłem zupę z "owoców morza"... I kieliszek białego wina.
W życiu nie widziałem takich muli, i nie jadłem tak pysznej zupy. Za rybną nie przepadam, ale to było mistrzostwo.
Nie wiem co w niej pływało jeszcze, oprócz muli, krewetek, kalmarów, kraba. Były jeszcze jakieś inne skorupiaki, których nie znam.. Ale radość z jedzenia ogromna.
Przyćmiła pamięć o próbie kradzieży aparatu i Kindla, chwilę wcześniej.
Zagrywka na "srającego ptaka". Zatrzymałem się na chwilę, bo chciałem zrobić zdjęcie. Zmieniłem obiektyw, i wtedy poczułem na plecach, jak by mnie osrał ptak.
Próbowałem sprawdzić jak mocno dostałem, ale ciężko zerknąć na plecy.
Podeszła jakaś pani, zaczęła wycierać chusteczką, drugą podał mnie. Chciałem zdjąć koszulkę, nie bardzo mając jak. Pani usilnie namawiała żebym położył aparat na ławce. Szczęściem zachowałem resztki rozsądku. Powiesiłem na szyi, a do Pani dołączył pan. Tylko nie wiedzieć czemu zaczął mnie wycierać z przodu.
Prawie im się udało wyciągnąć mi z kieszeni Kindla. Spłoszyła ich babka , którą chciałem chwilę wcześniej sfotografować... A ptasie gówno, to trochę wody i błota...
Gówniano wita mnie chile.
Połaziłem jeszcze trochę po mieście, trafiłem na stary dworzec kolejowy, przerobiony na centrum wystawowe, szukałem jakiegoś supermarketu żeby kupić wodę i coś do zjedzenia (jest jeden, a kolejki jak diabli) i wróciłem do hostelu.
Rano znów na miasto. I znów łażenie bez sensu i celu. Muzeum historii Chile (mało ciekawe, i wszystko po hiszpańsku), owoce i wrzywa na obiad na targu, kawa.. Nic szczególnego. Zmarnowany dzień. Dobrze że się udało kupić bilet do Pucon.
Jutro znów dzień na "wytracenie" autobus nocny, startuje dopiero o 21.45.
Rano okazało się że nie mam już wykupionego śniadania, więc dojadłem wczorajszą sałatkę, i poszedłem się szlajać. Skończyło się to kradzieżą telefonu. Tego od map i whatsApp'a..
Kutasy. Najgorsze że nie wiem nawet kiedy. A widziałem jak gość ukradł portfel parze turystów, która płaciła za owoce na ulicy.
Wkurw. Nie mój telefon, gps mocno przydatny szlag trafił. I do tego dałem się okraść. Chujnia.
Wróciłem wściekły do hotelu, i czekałem na autobus.
20.00 Wychodzę. Mierzi mnie już to czekanie.
Metro, i jestem na stacji.
Tu kolejne czekanie, wkurw bo słońce pięknie zachodzi oświetlając Andy, a ja wyjeżdżam. Wstałem na chwilę żeby rozprostować nogi i sprawdzić czy mój autobus podjechał.
W tym momencie podchodzi jakiś koleś i pyta o coś po hiszpańsku. Tłumaczę że nie rozumiem, a ten swoje. Odwracam się i widzę, jak od moich rzeczy odchodzi inny koleś. Butelka z wodą przewrócona, a plecak z aparatem leży na ziemi, a nie ławce. Trzeci raz. Kurwicy można dostać.
Na szczęście zadziałało zapięcie. Namierzyłem palantów, ale nie zostało mi nic innego jak ich opierdolić. Bo bić się z trzema debilami to trochę nie bardzo, a poza tym co z plecakami..
Nawet na policję nie było jak zadzwonić, bo autobus podjechał.
Wściekły z bezsilności wsiadłem do autobusu. W dupie mam Santiago de Chile. Nie lubię tego miasta.
Ogólnie dochodzę do wniosku że odwiedzanie miast w Ameryce południowej nie ma sensu.
Szkoda czasu. Tak samo jak podróżowanie autobusem.. Tu trzeba mieć własny środek transportu..
Inaczej za dużo się traci. Czasu, kasy i doznań..
Chrzanić to.
Komentarze
Prześlij komentarz