Birma-Podsumowanie

Siedzę sobie na lotnisku, czekając na samolot. Już mi sie nie chce pisać, o kolejnych absurdach jakie mnie dziś "trafiły"... 
Więc napiszę jakieś takie podsumowanie tych moich trzech miesięcy w Birmie. 
Dziwny kraj. Pełen absurdów, z hotelami drogimi jak szlag, a jedzeniem tanim, że aż wstyd. 
Gdyby się człowiek uparł, byłby w stanie przeżyć dzien za 1$... 3 posiłki, i butelka wody. Za 5$ to już nie trzeba sie starać. Owoce, cola, itd. Ceny hoteli wąchają sie w granicach od 7$ (Kalaw) do 20$ w Yangon i Ngwe Saung... Ale trzeba poszukać i sie potargować. 
Transport. Oficjalny publiczny nie istnieje. Do wszystkich turystycznych miast, i miasteczek można sie dostać bezproblemowo. Są autobusy w klasie VIP, i takie trochę gorsze. Można pojechać jak normalni ludzie na pace ciężarówki, autobusem który pamięta jeszcze czasy Gierka, MotoTaxi, klasyczną taksówka, i wszystkim innym. Ze stopem może byc cieżko, ale jak ktoś sie uprze.. 
Jadąc w długa trasę, autobus zatrzymuje się co dwie trzy godziny, na "jedzenie". 
Warto zabrać do Birmy jakis ciepła kurtkę, polar, sweter puchowy i czapkę. Ratuje życie w autobusach, i górach.
Z Mamdalay, do Bangan można sie dostać łodzią, i droga lądową. Polecam łodzią. Jak ktoś chce moze skorzystać z typowo turystycznych "szybkich łodzi" albo popłynąć klasyczna barką rzeczną z lokalsami. Tylko 15h... Na Inle Lake nieda się inaczej niż łodzią. 
Stacje benzynowe poza miastem są dostępne. Czasem stoją cztery, jedna obok drugiej. W mieście sprzedaje się paliwo w butelkach. Niektórzy mieszkają na niezłej bąbie... ;)
Za na rogatkach stoją bramki, i pobierają opłaty. Nie wiem za co,mto choć jest napisane że za autostrady, to ja ich tam nie widziałem... ;)
No są jeszcze pociągi. Choć to za dużo powiedziane. Kolej praktycznie nie istnieje, a to co jezdzimto jakieś dziwne, niedostępne dla turystów trady. Oprócz najbardziej znanej trasy do Hsipaw... 
Przemieszczałem się chyba każdym możliwym transportem, a najfajniej było  w pociągu i na  barce do Bagan. Mimo iż strasznie długo ;)

Teraz moje wrażenia.. 
Nie pokochałem Birmy. Cieszę się że tu przyjechałem, ale nie wiem czy chciałbym tu wrócić. Byc może jak już bedzie można bezproblemowo podróżować po całym kraju, i spać w dowolnym miejscu. To wtedy sie wybiorę. Ale do tego czasu, może się okazać, że kraj ten zamieni się w pełen kiczu smietnik. Już teraz tradycyjną architekturę zastępują różowo/błękitne "gargamele" rodem z polskich wiosek i miasteczek. Tylko do tego dochodzi jakieś niewiarygodne upodobanie do nierdzewnych balustrad, bram, płotów i innych ozdobników. A wszystko to okraszone ledami. 
Ledy sa wszędzie. W świątyniach, domach, na ulicy. Świeca w kazdym możliwym zakamarku, i nawet najmniejszej wiosce. Bo tam gdzie nie ma prądu, są akumulatory, i baterie słoneczne. 
W ostateczności elektrownie wodne własnej roboty. 
Przykro się na to patrzy. Szkoda że nie ma nikogo kto by ich "poprowadził", pokazał ze można mieszkać nowocześnie, ale zgodnie z tradycją. To byłby ideał, ale wiadomo że to nie realne. 
Przedziwne jeż to że w tym kraju nie ma żadnej epidemi. Że ludzie nie chorują na żółtaczkę, czerwonkę, i całe mnóstwo innych chorób wynikających z braku higieny. Nie chodzi o tę osobistą, bo Birmanczycy są bardzo czyści (choć jak widziałem ścieki w których sie myją, słowo "czyści" nabiera nowego znaczenia), ale środowisko i otoczenie. Ci ludzie żyją na wysypisku śmieci. Nie ma kanalizacji, koszy na śmieci, śmieciarek itd. Tam gdzie stoisz, tam wyrzucasz śmieci. W pociągu przez okno, w autobusie na podłogę, w mieście na ulicę. Tak poprostu. Czasami nosiłem pustą butelkę, czy inne śmieci przez kilka kilometrów zanim znalazłem jakis kosz. Gdyby tak ktoś ich zmusił do czystości, byłby to dużo ładniejszy kraj. 
W ciagu dwóch lat, Birma zmieniła sie bardzo mocno. To co wcześniej czytałem na wszelki dostępnych blogach, jest już praktycznie nieaktualne. Ceny hoteli, transportu rosną bardzo szybko. Samochodów na ulicach przybywa w tępie niewiarygodnym. Choć głownie są to chińskie podróbki, jakie japońskie tanie samochody. Ale w Yangonie, czy Mandalay, na ulicach korki większe niż w Warszawie... Jeżdżą jak praktycznie bez zasad, choć zdarza im się przestrzegać sygnalizacji świetlnej. Jak widzą pieszego na drodze, to przyspieszają. Najważniejsza zasada: większy ma zawsze pierwszeństwo. 
Jedzenie mi nie "podeszło". Jak dobrze trafiłem, to było nawet smaczne, ale w większości przypadków nie szczególnie. Pomijając ostatnie dwa dni w Yangon, gdzie jadłem w Chinatown. Tam było pyszne jedzenie. Mają naprawdę ogromny wybór warzyw, i owoców, a bazują na kilku produktach. Kapusta, czosnek, jakaś bliżej nie określona zielenina, cebula. Pomidory i ogórki dostałem chyba tylko raz. 
Aż musiałem sobie kupic pół kilo, i zjeść niestety bez soli. Saltki warzywne, a tym bardziej owocowe nieistnieją.
Dobre maja "przekąski", pyszne są owoce. Choć naprzyklad cieżko trafić na świerzy sok. 
Tylko w Yangonie i Mndalay spotkałem świeżo robiony z trzciny cukrowej, i tylko w tych dwóch miastach trafiłem na inne soki. Ale chyba tylko z trzy, cztery razy. 
To samo z lodem. Chyba nie do końca wiedzą jak go wykorzystywać. Brakowało mi tych lodowatych napoi z Tajlandi.  Ratowałem sie colą, która w butelce 0,5l kosztuje tyle co zupa, i mniej niż 0.3 w puszce. W dużych miastach można spotkać sklepy, ale w tych mniejszych, czy też na obrzeżach tylko małe prywatne sklepiki. 
Lidzie sa sympatyczni i mili, ale tylko tam gdzie. Nie ma turystów. Na obrzeżach, w wioskach, wszędzie tam gdzie " biały" nie dociera... Tam gdzie turyści, uśmiech zanika, cieżko liczyć nawet na odpowiedź uśmiechem na uśmiech. Słychać za to wszędzie "hallo taxi". Widać też jak bardzo turyści zmieniają wszystko. Kulturę, podejście,  mentalność. Najważniejsza jest kasa. Nie wiem kto dał prawo turystom do takiego "grabieżczego" zachowania. Czemu nie można zwiedzać, bez wpływu na kulturę danego kraju. Podziwiać, chłonąc,czerpać radość z tego że wszystko jest naturalne. A nie "mam kasę, płace, wymagam". I żądam... Smutne... Dla tego gdy tylko mogłem uciekałem od turystów jak najdalej. Nie chciałem mieć z nimi nic wspólnego. ( choć akurat te słowa piszę z Bangkoku, z najbardziej turystycznej ulicy tego miasta ;););)). Gdy oni wyciągali swoje aparaty, ja przeważnie chowałem, gdy w Bagan widziałem pod świątynią autobusy, omijałem ją z daleka. Chodziłem swoimi ścieżkami, obrzeżami miast, odwiedzałem miejsca w których białego cieżko spotkać. Piłem poranną herbatę z rikszarzami, i jadłem w porcie z tragarzami i na targu. W żadnym z tych miejsc nie czułem się zagrożony. 
Często to właśnie tam byłem witany najszczerszymi uśmiechami. I tam czułem się najlepiej. I dla mnie to jest prawdziwa Birma. A nie ta z pocztówek. Mam nadzieję że po powrocie uda mi się wybrać dobre zdjecia, które w jakimś stopniu zobrazują to, co widziałem, a co nie do końca potrafię opisać.  
Mówią ze głupi mam szczęście. Wynika z tego że jestem idiotą. ;) 
Pora na drugi etap...;)

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

8

Baloniki..

27