Spakowany, śniadanie zjedzone, można jechać. Plan jest taki, żeby jeszcze dziś się udał wyjechać nocnym do El Chaltén. Co prawda wczorajsza próba zakupu biletu spełzła na niczym, ale można mieć nadzieję. Do jaskiń jest jakieś 160km. Niestety po mojej ulubionej nawierzchni, czyli szutrze. I do tego mocno krętym. Wiec jazda trwa 4h. Z dwoma krótkimi przystankami na zdjęcia Niestety w miejscach w których kadr był fajniejszy, punktów widokowych nie ma.. Znów żałuję że nie mam własnego transportu. Bo widoki za oknem zmieniają się jak w kalejdoskopie.. Na coraz ładniejsze.. Ehhh. Następnym razem nie odpuszczę. Kupię auto. Martwi mnie też pogoda, która niestety wygląd na kapryśną. Ale jak na razie chmury szybko przewiewa, bo wieje jak diabli. Docieramy na miejsce, chwila oczekiwania i do łodzi. Jeszcze tylko kapoki i wypływamy. Łódką rzuca jak łupiną, woda chlapie na wszystkie strony, fale jak na morzu podczas niezłej wichury, a słońce niknie za chmurami.. Wiadomo. Chile. I tym sposobem...